Miesięczne archiwum: Wrzesień 2013

Zapach miasta

   Ostatnio zmieniałem auto. Z forda na, którym popłynąłem na obite jak kwaśne jabłko polo. Ponieważ polówka musiała przejść zabiegi wzmacniające ją takie jak pakiet startowy tj filtry, olej, itd. plus konserwacje podwozia, żarówki, poprawki na hamulcach i coś tam jeszcze, więc musiałem po auto jechać z Ruczaju aż na Prądnik. Moje szczęście dało mi tę niewątpliwą okazję zapierdzielać cały dzień po mieście na nogach. Zacząłem o 12 skarbówką, potem postanowiłem się zapisać do biblioteki na Rajskiej i przejść przez prace koleżanki, aż wreszcie kiedy zadzwonił mechanik (mechanika nie brałem pod uwagę tego dnia bo jeszcze żadne auto, które naprawiałem nie było oddane w terminie) było za późno żeby wracać do domu bo nie wiem czy 30 min bym w nim posiedział. 
  W taki sposób miałem możliwość pooddychać miastem w piękną jesienną pogodę. W domu byłem dopiero po 21 i przywiozła mnie ładnie zakonserwowana i wyregulowana moja nowa „niebieska szczała”.  
Powiem wam tak, każde miasto, a nawet każdy kraj ma swój własny zapach. Nie ma sensu się rozwodzić jaki zapach ma miasto, w którym się urodziłem, wychowałem i mieszkam. Zapach jest nie do opisania i nie do podrobienia. Inny na każdą porę roku i inny na każdą pogodę. Dodatkowo mieszają się one ze sobą mając jednak wspólny właściwy tylko dla tego miasta pierwiastek. Kraków i jego zapach, którego nie poczujesz jeżdżąc autem a jedynie jadąc MPK, rowerem czy spacerując, mi przywołuje wspomnienia kiedy byłem w LO zdrowszy i ciekawy jak to będzie kiedy już będę dorosły i dyplomem. Wtedy chodziłem włócząc się po szkole całymi godzinami przez miasto, rysując odwiedzając muzea, oglądając zabytki, czytając o kulturze, historii i sztuce. Zwłaszcza w kontekście mojego miasta. Teraz to tylko wspomnienia, które wracają podczas takich dni kiedy z własnej woli czy też z przymusu jeżdżę komunikacją miejską lub chodzę po mieście. Z tamtych czasów zaś została mi jesienna sympatia do kasztanów, wiosenno-letnia do wygrzewania się na ławce z czymś do picia i  zimowa do siedzenia z czymś ciepłym w kawiarni.  Nawet jak już dorosły zawsze staram się mieć jakieś kasztany każdej jesieni. Nawet jak jestem w szpitalu. Tego dnia też zbierałem kasztany na plantach. Chyba nie ma nic tak przyjemnego jesienią jak uczcie świeżych kasztanów obracanych w dłoni.

Jak nie spotkałem Ojca Mateusza

                                                         Ponieważ bardzo lubię ciężką pracę pod warunkiem, że obserwuję
ją z bezpiecznej odległości oraz bardzo lubię polską tradycyjną wieś, więc pojechałem znowu odwiedzić swoją rodzinę pod Pińczowem. Tam jest wszystko co potrzeba do relaksu, spokój, czyste powietrze, ładne widoki na dolinę Nidy i dobre naturalne zdrowe jedzonko, którego wziąłem jak zwykle troszkę do domu. Ten post będzie jednak o czymś zupełnie innym bo otóż każdy wie, że świętokrzyskie choć małe i biedne to piękne. Czyste tereny najstarsze góry w Polsce i masa ciekawych miejsc wartych zobaczenia. Więc i ja postanowiłem odkrywać uroki świętokrzyskiego. W tym celu zwerbowałem swoje kuzynostwo i męża jednej z kuzynek. W takim składzie wsiedliśmy w moją świeżo nabytą niebieską „szczałe” i pojechaliśmy najpierw do Opatowa, a potem odważnie i bez lęku w samą paszczę lwa do miasta kryminalistów i złoczyńców wszelkiej maści- SANDOMIERZA. O ile opatów może kiedyś był ładny i bogaty o czym świadczą chociażby bogate nagrobki jego właścicieli z XVI w. znajdujące się w miejscowej kolegiacie, o tyle dziś poza bramą miejską, trasą podziemną, ratuszem do którego nie można wejść, klasztorem i ową kolegiatą nic tam nie ma. Cały opatów można zwiedzić w pół godziny nie licząc trasy podziemnej. Więc po półgodzinie zabraliśmy się z Opatowa do Sandomierza. Po

krótkiej i przyjemnej podróży miedzy kilometrami sadów zaparkowaliśmy pod bramą miejską skąd ruszyliśmy na poszukiwania Ojca Mateusza. Czemu go szukaliśmy? To proste, co tydzień w Sandomierzu ktoś ginie jest zgwałcony pobity porwany lub ściąga się z niego haracz, a o tym co przytrafia się turystom to aż strach mówić, wtedy jedynym człowiekiem, który może złapać przestępcę i uratować ofiarę jest miejscowy proboszcz Ojciec Mateusz. Spyta ktoś co wtedy robi policja? Policja robi co może, ale pracują tam głupki o specjalnych cechach dodatkowych; jeden rudy, drugi gruby, do tego wsiowy głupek i blondynka, a komendant niewiele odbiega intelektem od podwładnych. Właśnie dla tego kuria, w trosce o dobro sandomierzan, silnie angażuje się w walkę z lokalną przestępczością i w tym celu trzyma tam jako proboszcza słynnego detektywa Ojca Mateusza, któremu sam biskup pomaga w najtrudniejszych sprawach.


   Wróćmy jednak do wycieczki głodni postanowiliśmy się zadekować (obowiązkowo plecami do ściany) pod barem z zapiekankami i tam zjeść po jednej sandomierskiej zapiekance po czym ruszyliśmy dalej. Pełni strachu i
obaw o własne życie i skromny dobytek pytaliśmy wszędzie o Ojca Mateusza. Kazano nam iść do podziemi bo ponoć tam go widziano, ale nic z tego tam był jedynie duch niejakiej Haliny Kępianki. Więc za radą Haliny uderzyliśmy na zamek tam jednak też już Ojca nie było.
    Na zamku powiedziano nam żebyśmy ruszyli w stronę katedry i domu długosza. W katedrze rzeczywiście był ksiądz i mszę odprawiał, ale nie był to w żaden sposób Ojciec Mateusz. Szybko więc ruszyliśmy w stronę Collegium Gostonianum po drodze jakiś miejscowy gawędziarz, co to jak sam mówił miał kiedyś w Krakowie „bar na kalwaryjskiej i dwie kurwy na stanie” powiedział nam, że może Ojciec ma dziś patrol na starówce. Więc szybko, bo już zmierzchało, udaliśmy się na starówkę, na rynek tam jednak były tylko kramy z krzemieniem pasiastym, bo akurat odbywał się w Sandomierzu festiwal tegoż kamienia wydobywanego w pobliskich krzemionkach. Zmęczeni poszukiwaniami Ojca Mateusza wystraszeni zapadającym zmrokiem nie zobaczywszy niczego, udaliśmy się na ciepłe gofry i herbatę do jednej z kawiarenek nieopodal rynku. Ojciec Mateusz był nie uchwytny. Wyprzedał nas jakby o krok może chciał złapać tego wandala  co pobazgrał okno życia znajdujące się nieopodal bramy miejskiej, a może obstawiał naszą wycieczkę i dzięki temu żadnemu z nas jak tam byliśmy nic się złego nie stało. Jedno jest pewne jego ducha dało się odczuć, był wszechobecny jakby otaczał nas swoją kapłańską dobrocią i troską.
Gdzie wtedy był Ojciec Mateusz podczas kiedy my czuliśmy jego dobrego ducha czuwającego nad nami? Kto to może wiedzieć chyba tylko sam Ojciec i biskup sandomierski, a poza nimi jedynie Bóg.

    My gdy spostrzegliśmy, że słońce zaszło raz, dwa dokończyliśmy gofry i  ruszyliśmy biegiem do samochodu, żeby nic złego nas w tak strasznym i pełnym przestępców mieście jakim jest Sandomierz, nie spotkało. Gdy już gdy minęliśmy tablice z napisem Sandomierz odetchnęliśmy z ulgą i dumni z naszej odwagi ruszyliśmy moją niebieską „szczałą” do domu. Takie przygody człowiek ma w „Krainie Scyzoryków” w najbardziej skażonym przestępczością mieście w Polsce jakim jest SANDOMIERZ.

Ze strachu zapomniałem nawet jabłek kupić :) .

Fińska zaskakuje: mistycyzm ,fusy z herbaty i afrykański striptizer.


    Oglądaliście kiedyś “Chłopaków”? Tam był afrykański czarodziej. W prawdzie był ze złota więc i na złoto był zabarwiony i złotem się świecił, ale był to prawdziwy afrykański czarodziej. Ja żeby było ciekawiej poznałem dziś afrykańskiego striptizera. Kolor ma kawowy, więc oryginalny, mieszkał trochę w Nigerii. Teraz mieszka w Polsce i też czyni magię – głównie z kobietami. Ale jak to ja mówię, od początku.
 
    Ostatnie dwa dni spędziłem troszkę w zwariowany sposób, sprzedając samochód, kupując nowy robiąc wycieczkę na „couche surfing meeting”, no i zaglądałem czy to sam czy z moim dobrym kumplem Miśkiem vel Skoczym do „Cafe Fińska”.
     Fińska mnie zawsze zadziwiała z jednej strony kompletnie nie mój klimat. Ja nie je kocham ludzi od tak, nie jestem wolnościowcem, nie śledzę spisków dziejowych, mam wręcz wrogi stosunek do wszelkiej maści ideowców itd.  Wszystko to i jeszcze więcej reprezentuje „Cafe Fińska”. Rzeczona kawiarnia społeczna (pierwsza i jedyna taka w Polsce) jest miejscem, które przypomina raczej berliński squat niż kawiarnię, i to w dobrym tego słowa znaczeniu, każdy kto był w takim miejscu w Berlinie lub czytał choćby na temat to wie o czym mówię. No właśnie klimat nie mój nic, a nic, a tymczasem czuję się tam dobrze w sumie każdy kto tam wpada czuje się dobrze. 
    Ludzie są mili. Interesują się tobą, ale NIE w natarczywy sposób. Jest tak inaczej- fajnie. Może właśnie z racji tego, że tam tak samo ja, jak i ludzie ode mnie zupełnie różni czujemy się dobrze, to właśnie Fińska jest istną galerią osobliwości. 
    Wczoraj wpadłem do Fińskiej już grubo po oficjalnym zamknięciu lokalu zastałem tam Magdę Ewę jakiegoś faceta, którego imienia nie zapamiętałem i dwie kobiety, które jak się okazało były kompletnie odjechane. Stanowiły dwa egzemplarze Polskiego „New Age”, czyli ganiały i wróżki i do kościoła. Na moje uszczypliwe pytanie jak to pogodzić bo generalnie to albo Jezus albo wróżka i przyszłe opętanie. Usłyszałem, że się nie znam i żebym nie osądzał, i że tak można. No pewnie że można. Można też dać bankierowi sobie strzelić gola w oficjalnym meczu (Polska San Marino). Dalej już było gorzej tym bardziej, że ja po prostu czasem nie mogę sobie odmówić. Może, żeby uzmysłowić wam tan dalszych dywagacji na temat boga, tarota, jogi pokemonów oraz tego, że coś się dzieje. Powiem tylko tyle, zapytany przez młodszą z tych dwóch dziewczyn, którego chłopaka ma wybrać, co ja jej mogę logicznie  (bo faceci są strasznie nietajni bo logiczni) doradzić? Ja pomyślałem znam dziewczynę 10-15 i już takie pytania nieźle się zaczyna. No i odpowiedziałem. W sposób sobie właściwy bo jakże by inaczej „Tego z WIĘKSZYM penisem”. Potem to już było tylko lepiej. W sumie jak tak to opisuje to już wiem czemu mnie potem ludzie nie lubią. Sam bym na ich miejscu robił to samo:).
 Dzień wcześniej przeżyłem podobne katharsis tylko tym razem facet był fajny i nawet mam go już w znajomych na FB. Otóż wchodzę patrzę stali bywalcy i murzyn wielki prawie jak ja, do tego uśmiechnięty takim ślicznym hollywoodzkim uśmiechem i  obcięty na iro oraz mówiący ślicznym polskim. Nawet przeklinać po polsku potrafił ładnie. Co się okazało Damian jest po tacie Nigeryjczyk po mami Polak. Jest wesołym fajnym człowiekiem zdolnym do szaleństw o czym się przekonałem jak trzymałem Magdę kiedy on ją smarował fusami z jej własnej „jerbamate”, za to, że ta wcześniej nas tym obrzucała i nakarmiła dodatkowo jeszcze Skocza. Skoczy jest jak to ktoś kiedyś powiedział jak koza- zje wszystko, więc to nie fair dawać mu fusy z jerby bo potem są problemy. Ale wróćmy do Damiana chłopak fajny więc mając po drodze postanowiliśmy go podrzucić do domu. Co się okazało „ChocolateMan” bo taki ma pseudonim artystyczny jest jak sam się przedstawił „Afrykańskim Striptizerem”. Do tego Damian bardzo angażuje się w ruch Zeitgeist, jest grafikiem komputerowym i umie robić zajebiste eko portfele z kartonów po soku. Obiecał, że jak wpadnę do niego bo mieszkamy po sąsiedzku, to mnie nauczy taki robić. Więc nie długo tutorial jak zrobić eko portfel. A Fińska? Cóż Fińska przyjmie absolutnie każdego pod swój dach byle rzeczywiście myśleć co się chce, ale nie narzucać swojego punktu widzenia innym i być w porządku  dla reszty „Fińczyków”. Najlepszym przykładem na to co mówię jest chyba fakt, że w jednym małym pomieszczeniu siedzę często ja realista, obok mnie jakiś miłujący wszystkich idealista, do  ktoś kto gada o anarchii, kilku vegan, jakiś mistyk po polsku, a czasem nawet w środku nocy odbywają się medytacje. Wpadajcie tam sami się przekonacie jak to działa.

matka jest tylko jedna

   Tytuł posta może nieco dwuznaczny i taki hmmm no jakby miała być opowieść o trudnym dzieciństwie, patologiach itd. Fakt dzieciństwo było trudne, ale to wina kas chorych, a potem NFZ. Patologie? Jasne! jak się dzieli oddział z dziecięcą neurologią to nie ma bata żeby nie było. Za to moja mama zawsze była za mną, dbała o mnie i mnie broniła.  Chciałbym dodać tylko, że KOCHAM MOJĄ MAMĘ I NIE ZAMIENIŁBYM JEJ NA ŻADNĄ INNĄ. Co nie zmienia faktu, że po krótkich i wybiórczych konsultacjach społecznych. Czyli przegadaniu spawy z moimi kumplami przy okazji smętnego pierdolenia o niczym na Kazimierzu przy jakiś płynach typu kawa/piwo/herbata uświadomiłem sobie, że nikt tak nie działa na nerwy facetowi jak jego własna matka. Sytuacja jest można rzec dramatyczna bo nie wiesz sam czy mamusie kochasz czy momentami  wręcz przeciwnie. To coś chyba jak przedsmak małżeństwa.  Że kobiety w nieznany nikomu poza nimi samymi sposób lubią czasem się pomartwić, porobić problemy z dupy i potruć o byle co to każdy wie. Każdy facet i część pań też w chwilach illuminacji zdaje sobie z tego sprawę, ale paniom potem ta chwila przechodzi :). Z matkami jest podobnie tylko gorzej. Z babą możesz się rozstać, rozwieść, ale z mamą kobietą, która cię urodziła, wychowała nie spała całymi nocami poświęcając się dla ciebie, wycierając dupę i gile z nosa kiedy zaryczany wracałeś po szybkiej, ale spektakularnej wyjebce na rowerze na asfalt… Nie z matką się nie rozwodzi i nie zostawia się mamy.  Każda mama to czuje i od pewnego wieku podświadomie mści się na tobie. Na poziomie świadomym mama dba o ciebie bo gdzieś tam się jej kołacze, że jesteś dalej jej kochanym malutkim synusiem nawet po 40tce- twojej 40tce.
Mamy mają takie różne zagrywki współne dla ich gatunku, które są nie do przejścia dla syna.
    A to, że telefon komórkowy działa tylko w jedną stronę, do ciebie i najlepiej żeby zawsze bo jak nie, to są zaraz są wyrzuty, że biedna matka jest olewana przez ciebie i tak się ją szanuje za jej trud, poświecenie itd. Mama zawsze cię poprawi, zwłaszcza jak siedzisz chodzisz itd.  Mama też cię  ubierze, spyta o kurewską czapkę i szalik lub będzie walczyć do upadłego żebyś ubrał to w czym jej zdaniem będziesz wyglądać ładnie. Mama nie dogada się z synową. Może być jeszcze gorzej dogadają się z synową. Wtedy należy być jak najszybciej, jak najdalej. Zmienić co najmniej miasto o ile nie kraj lub kontynent. Zawsze narobi ci obciachu. Masz 30, 40 lat nie ważne; „powiedziałeś dzień dobry, ukłoniłeś się ?” Wreszcie komputer masz nauczyć mamę jego obsługi, ale wcześniej mama powie ci, że i tak wie lepiej,  że nie umiesz uczyć bo ona wie lepiej, a potem i tak cię woła bo wie, ale..
    TAK każda mama wie lepiej. 
    Tak jak każda mama chomikuje, przyda się absolutnie wszystko włącznie ze słoikiem po musztardzie saperskiej – to chyba wynika z tego, że pokolenie naszych mam było wychowane w czasach głębokiego deficytu.
             Matki lubią też fundować swoim synom czasem tzw. „mind fuck” jak np. nauka slangu.  Twoja własna matka mówi ci dajmy na to „bujaj się leszczu” albo „fuck off” lub że słabo „kminisz” bo ona już „zczaiła bazę”, a ty stoisz i masz oczy jak 5 zeta i wyglądasz jakby ci ktoś ściągnął gacie, a w głowie się kołacze JAK?? SKĄD?? przecież jak tak w domu nie mówię. Chyba nie mówię… nie no NA PEWNO nie mówię? No to skąd??……………………………………
              Co byś nie zrobił już przegrałeś. Z mamą jeszcze nikt nie wygrał. Mamę należy kochać, przytakiwać jej wybaczać i robić swoje. Kłótnie walki są bez sensu. Mama i tak wie lepiej, a jak nie wie to patrz na pierwszą część zdania. Tak w ogóle to pozdrawiam serdecznie moją mamę, która dziś postanowiła mi  ogarnąć, wcześniej przeze mnie przygotowane, dokumenty do ZUS. Teraz nie mogę ich znaleźć, a telefon ? No cóż on działa w jedną stronę:).

              Udany weekend

                 No i już po uffff… nikt mnie nie ugryzł ani się jakoś nie śmiał, a wręcz przeciwnie ktoś nawet okazuje się czytał albo samego bloga albo fanpage, ale od początku.
                 Jak zaczynałem pisać bloga poszedłem do kilku mądrych w tym względzie ludzi po radę co i jak. Zawsze wolałem się o coś nawet głupiego spytać niż szarpać się samemu. Tak i teraz zrobiłem.  Jeden z takich mądrych ludzi (tu wielkie dzięki dla Piotrka Kaczora) poradził mi w telegraficznym skrócie tak ” poznaj środowisko, przeczytaj książkę Tomczyka vel Kominek”. „Ok. Książka spoko tylko jak poznać środowisko?” spytałem, ” znajdź na fb Blog Experts i dołącz”. Jak mi poradzono tak i zrobiłem w wyniku czego po niedługim czasie  wylądowałem na konferencji Blog Experts i o dziwo moje wszelkie obawy dotyczące tego jak ja nowicjusz zostanę przyjęty i czy cokolwiek z prelekcji zrozumiem okazały się płonne. Opisywanie co kto kiedy powiedział nie ma najmniejszego sensu od tego jest agenda/plan czy jak to tam inaczej nazwać. Ja raczej skupię się na moich odczuciach. Było miło, ciepło, rozwojowo czyli zajebiście. Każdy ciekawy drugiego, ludzie z pasją ciekawi, świata, każdy z jakąś pozytywną zajawką. Do tego luźna nieformalna atmosfera i co najważniejsze dobre stabilne łącze i pufy mmmmm. Poezja, choć jak to ja, jak się gramoliłem z pufy na koniec eventu to oczywiście musiałem (bo nie byłbym sobą) oblać swoją torbę, pufę i podłogę woskiem ze świeczki. Już jak ją odpalałem to wiedziałem, że to się źle skończy. ALE NIEEEE… nie byłbym sobą jakbym nie zignorował tego wewnętrznego głosu, który mówił: będziesz mieć to na sobie zobaczysz. Ktoś mnie pocieszał, że „spoko, nie martw się Rita ma podbite oko nie jesteś najgorszy”. Wiem chciał dobrze. Nie wiem natomiast czemu czyjeś nieszczęście ma cię zawsze pocieszać?! Tego nigdy nie zrozumiem, zwłaszcza jak ten ktoś jest przez ciebie lubiany.
                 Przede wszystkim z tego miejsca chciałem podziękować za zorganizowanie przez organizatorów i „Ogród” krótkiego spinu po mediatece bo na stówę odwiedzę to miejsce. Jest genialne i sądzę, że jest to milowy krok dla Krakowskiej innowacji w zakresie multimediów.
                 Podsumowując nauczyłem się sporo dowiedziałem jeszcze więcej. Poznałem kilku naprawdę spoko ludzi, którzy że tak to ujmę ciągną w górę. Na samym evencie się świetnie bawiłem poszerzając co nieco moją wiedzę lub powtarzając to i owo. Między pierwszym a drugim dniem eventu zahaczyłem (to już tak off topic) o urodziny szkoły tańca brzucha, co dodatkowo dodało wrażeń i poszerzyło weekendowe spektrum doznań:P  Na koniec już po konferencji zjadłem bardzo dobre fryty ze świeżych ziemniaków z domowym majonezem w uczciwej cenie i uciekłem z koncertu. Koncert może i fajny, a sztuka wysoka, ale pomimo tego, że mam 191cm wzrostu (rano bo wieczorem już 190 :)) to i tak za wysoka jak dla takiego chama jak ja. Tym optymistycznym akcentem kończę.
              *foty wrzucam na prawach cytatu lub jako tak zwany tłum:):):P

              Squat od 16:30 do 22 z minutami czyli „Fińska cafe”.



               Znacie definicje squatu? Wiecie pusty budynek zajęty przez grupę ludzi  nie rzadko o zapędach hippisowskich lub anarchistycznych. Robiących często gęsto różne performance i jakieś inne eventy artystyczne lub o tematyce polityczno-alterglobalistycznyej. Są też oczywiście squaty bezdomnych, narkomanów czy innych ludzi dotkniętych wszelką możliwą patologią, ale te mnie jakby tak z automatu nie interesują. Mnie interesują te i tylko te które coś wnoszą do społeczeństwa choćbym nawet się z częścią poglądów  prezentowanych w takich miejscach nie zgadzał. Takim właśnie semi squatem jest „Fińska cafe”- kawiarnia bezgotówkowa znajdująca się na końcu ul. Józefińskiej w Krakowie w Podgórzu. Różnica polega na tym, że fińska ma umowę najmu czyli nie jest to typowy squat założony w pustostanie. Ma umowę najmu i zgodnie z nią działa od 16:30 do 22:00 a w praktyce z minutami czasem nawet dłuższymi jak się ktoś zagada. 
              To ciekawy projekt kawiarnio komuny gdzie siedzą bardzo alternatywni ludzie. Ale nie tak alternatywni maistremowo jak wszelkiego rodzaju hipsterzy czy jakieś ludziki co to bujają cię do jelonka czy solowego zawodzenia ziomka z komy. Nie to absolutna komuna i anarchia. Kawiarnia jest zarządzana wspólnie i funkcjonuje na zasadzie tego, że każdy może przyjść i dołączyć do wspólnoty „jemy i pijemy to co przyniesiemy i się tym dzielimy” taka jest generalnie idea. Stwierdzenie „każdy może przyjść” obejmuje zarówno mnie jak i pana, który nawija jak karabin maszynowy i zna wszystkie teorie spiskowe dziejów.  A czynsz? Ktoś zapyta. No czynsz jest z dobrowolnych datków do puszki i głosów na gruponie. Można podejść na koniec ulicy Józefińskiej i po prostu zostać.  Stać się jednym z współtwórców „Fińska Cafe”.  To właśnie w całym projekcie, który miał trwać tylko dwa tygodnie, a się przeciągnął i zaczął żyć własnym  życiem, jest najfajniejsze. 
               Sama kawiarnia wygląda troszkę jak wnętrze altanki działkowej zbieracza złomu. Sprzęt i meble są mocno kombinowane i pochodzą z darów, ale atmosfera jest naprawdę spoko. Nikt nikogo nie ocenia ludzie są bezinteresownie mili siedzą i gadają szanując się przy tym i dzielą się tym co mają kawą herbatą ciastem chrupkami czy tabliczką czekolady połamaną w kostki tak żeby każdy mógł się poczęstować. Fińska miła być eksperymentem artystycznym w Krakowie i to żeby było śmieszniej przeprowadzony przez Warszawiaka. Warszawiak porzucił dziecko, a ono porzucone się usamodzielniło i zaczęło żyć świadomie samo swoim własnym życiem.
              Fińską warto odwiedzić choćby z ciekawości, żeby zobaczyć, że można inaczej i można ciekawie i produktywnie spędzać czas po prostu robiąc coś dobrego bez oceniania i dla siebie i dla innych jednocześnie i to jest fajne.

              Kto nas broni, kto nas leczy.


                 Czujecie się bezpiecznie chodząc po ulicy? Wiecie może gdzie w Polsce jest największy wskaźnik przestępczości zarówno tej zwykłej drobnej jak i poważnej czy zorganizowanej? Prószków? Wołomin? Może Łódź ze swoją ośmiornicą? Ciepło, ale nie to nie tam. No to gdzie? Spytacie. W Sandomierzu. Tak właśnie tam. Sandomierz miasto powodzi, giełdy owocowo-warzywnej i wszelkich złoczyńców; gwałcicieli, pedofilii, dilerów, złodziei, oszustów,  morderców i innych kryminalistów. Dlaczego tam jeszcze mieszkają ludzie i nie wymarli? Z dwóch powodów; 1szy to ten że żyją po katolicku i co za tym idzie są przeciwni stosunkom przedmałżeńskim i antykoncepcji, więc mnożą się w kwadratowym tempie, 2gi to taki, że opieką duszpasterską i detektywistyczną obejmuje ich ks. Mateusz, któremu radą, wsparciem i zapleczem dopomaga w tej nierównej walce ze złem sam biskup Diecezji Sandomierskiej. Podobnie w Łodzi broni nas kudłaty wilczur na wikcie policyjnym „Komisarz Alex”, w Krakowie nie giniemy masowo od maczet tylko dla tego, że wydział śledczy W11 nas broni i szybko bo w ciągu ok. 30 minut rozwiązuje każdą nawet najtrudniejszą sprawę. Bez przeklinania i bicia podejrzanych na komendzie. Nie będę omawiał jakości tych produkcji oraz tego, że wszystkie te formaty są kupione jako gotowce za granicą i to do tego stopnia, że nawet dialogi są idealnie takie same jak w wersjach zagranicznych. 
               
                 Jako przykład podałem seriale kryminalne, ale jakość i oryginalność produkcji telewizyjnych w naszym kraju niezależnie od stacji pozostawia wiele do życzenia. Seriale są chałowate, przestarzałe, odstające od realiów i pokazujące jakąś chorą fikcję.

                  Najgorsze nie są jednak seriale kryminalne-science fiction, jak ja je nazywam, ale seriale medyczne. Tam lekarze na ostrym dyżurze biegają troszcząc się o każdego pacjenta.  Nie ma kolejek do specjalisty. Każdy jest miło i uprzejmie obsłużony. Do tego każdy lekarz jest altruistą i walczy o pacjenta wygłaszając kwestie typu „nie wypuszczę Pani bez badań”. A na koniec szybka i trafna diagnoza, a mnie się nasuwa jedno jedyne pytanie, kto to kurwa wszystko ogląda?! Najgorsze jest jednak to, że w tą fikcje i grubymi nićmi szyte gówno z odzysku ludzie wierzą, a jeżeli wierzą w to, to uwierzą w każde gówno. W każdy shit który wciska się im w TV; w obietnice wyborcze, w zamach w Smoleńsku czy w reklamę Vizira. Bez różnicy.  

              Ciesz się. Jak wzbudzać w sobie radość ze wszystkiego.


                 Kiedyś byłem w lepszej kondycji zdrowotnej życiowej i nawet finansowej, a mimo to byłem niezadowolony. Wiecznie niezadowolony i zdołowany. Kiedy moje zdrowie się pogorszyło i wylądowałem w szpitalu miałem duuuużo czasu na przemyślenie mojej postawy i mojego bądź, co bądź beznadziejnego podejścia do życia. Postanowiłem, że jeśli wyjdę jeszcze kiedyś na świat ze szpitala i będę mógł w miarę normalnie egzystować, to postaram się żyć pełniej. Cieszyć się i nie martwić się zbędnymi sprawami. 
                 W ten sposób podejmując takie decyzje i wyzwanie życia radośniej i pełniej po 12 latach postanowiłem wyciągnąć patent żeglarski i pojechać na cały dzień na Rożnów. Żeby popływać. Postanowiłem pójść do dobrej francuskiej restauracji zjeść ślimaki i żabie udka. Pomogła mi w tym moja siostra. W ogóle mam bardzo duże wsparcie od rodziny i przyjaciół. Na co dzień robię swoje troszkę pracuję, jem leki, uczę się gotować dietetycznie, zapisałem się do e-learnigowej szkoły grafiki komputerowej i robię wiele, wiele innych rzeczy na które wydawało mi się, że nie mam czasu lub ochoty albo, że znajdę czas na to kiedyś. 
                 Mnie dopiero tak traumatyczne wydarzenia jak 10 miesięcy w szpitalu w tym kilka tygodni na oiomach nauczyły, cenić wartości rodzinne ponad wszystko, oraz cieszyć się. Tak cieszyć się z byle czego i jak dziecko. Najważniejsze w życiu to umieć dążyć do celu i cieszyć się. Ja dziś cieszę się z każdej głupoty i nawet najmniejszych rzeczy. Codziennie staram się znaleźć coś co daje mi powód do radości. Oglądam komedie, czytam kawały, wesołe książki, oglądam coś śmiesznego na necie, robię różne inne rzeczy, które sprawiają mi przyjemność i radość. Tak wiem co powiesz; „dobrze ci tak bo masz czas”.  Każdy ma chwilę w ciągu dnia lub tygodnia ponad to cieszyć się należy z każdej pierdoły. Poważnie! Kupiłeś dobrego precla ciesz się. Jak był syfiasty nakarm nim gołębie, kaczki lub inne jakieś pierzaste dziady i też się ciesz patrząc jak jedzą.  
                 Mi dojście do oczywistych prawd i wniosków zajęło 10 miesięcy leżenia i myślenia. Intensywnego myślenia. Niektórym zajmuje to krócej, jeszcze inni nie dochodzą do takich wniosków wcale i marnują swoje zdrowie, nerwy, wreszcie siebie na zamartwianie się i szukanie problemów, nie umiejąc się przy tym cieszyć z niczego. Nie pozwól NIGY żeby rządziły tobą złe i tylko i wyłącznie złe emocje! Znajdź każdego dnia choć jeden mały powód do zadowolenia choćby radość miała trwać tylko chwilę z czasem chwila się będzie wydłużać i wydłużać aż będziesz umiał się cieszyć długo i niemal na zawołanie. Sam zobaczysz jak się zmienisz nie tylko psychicznie, ale i fizycznie aż wreszcie zmieni się jakość twojego życia. Spróbuj, przekonaj się, warto.