Miesięczne archiwum: Październik 2013

Jak zostałem uzdrowiony po wielokroć. Program Kossakowskiego.

Bycie przewlekle chorym i niepełnosprawnym miewa swoje uroki świat widzi się zupełnie inaczej i często wbrew sobie, ale sami przeczytajcie…
W swoim krótkim aczkolwiek kolorowym i pełnym wrażeń (głównie tych nie chcianych, ale zawsze wrażeń:)) widziałem naprawdę sporo: debila co piłował gałąź na której siedziała i to dosłownie (finału można się domyśleć), różnych cudaków, maniaków, mitomanów, jednego zoofila (to ten sam od gałęzi :) nie)  i wiele innych niemalże bajkowych postaci.
Najbardziej jednak zawsze mnie rozwalali wszelkiej maści uzdrowiciele Jednym się pierdoliło we łbach, że oni sami uzdrawiają innym, że sprowadzą ducha ( w tym i świętego ) co to uzdrowi itd. 
W rodzinie mam i miałem wielu katolików i wierzących, w różne rzeczy. W ogóle moją dalszą rodzinę dzielę na katolicka, ultra-katolicką i katolicką ezoterycznie. Ci trzeci to w skrócie Jasna góra/wróżka/tarot itd. Część z kategorii nr 2 i 3 sfiksowała, część jest na najlepszej drodze. Dzięki tym dwóm wyżej wymienionym kategoriom odwiedziłem (głównie z przymusu i dla mojego dobra) kilku bioenergo-świrów, dwie msze uzdrawiające, kilka cudownych miejsc i dwie wróżki. Jakby akcja miała miejsce w dzisiejszych realiach pewnie bym zwiedził stadion narodowy jako członek imprezy/modłów ojca Boshobory :).
Dzięki mszom uzdrawiającym wiem już jak działają sekty i co to zbiorowa psychoza i halucynacje zbiorowe. Warto jeszcze raz podkreślić, że to wszystko to dla mojego dobra. Najbardziej jednak żałuję wróżki – Ukrainki ze świeczką, z którą nie umiałem się za ch… dogadać (może dla tego, że mówiła tylko po Rusku i tylko po Rusku?!). Moja ciotka za to bawiła się świetnie odświeżając sobie rosyjski i wspominając młodzieńcze czasy tym samym. Choć jako młody chłopiec starałem się jej wytłumaczyć, że lepiej się mi przysłuży dając mi tę stówę na rękę zamiast jakiejś naciągaczce, nic to nie dało. W ten sposób straciłem szanse na 100zł za frajer i dowiedziałem się po raz pierwszy co to znaczy stracić godzinę z życia, kolejne takie doświadczenie czekało mnie dopiero po obejrzeniu „Quo Vadis” na akademii filmowej- ten kto wpadł pomysł wyjścia na ten film powinien podzielić los pierwszych chrześcijan.
Cóż biedniejszy o godzinę z życia, bogatszy o doświadczenia i z poczuciem bycia okradzionym przez Ukraińską Babę Jagę nabrałem jednoznacznego już stosunku do wszelkiej maści magików i innych cudotwórców, który z czasem uległ tylko pogłębieniu i gruntownemu utrwaleniu. Spotkania mi ani nie pomogły ani nie zaszkodziły poza poczuciem znudzenia  i zasianiem w wtedy małym Olku pierwszych ziarenek cynizmu i ironii.

 Tym bardziej teraz sobie wesoło zacząłem oglądać program Przemka Kossakowskiego pt. „Kossakowski Szósty Zmysł”. Program o tyle fajny, że wesoły facet nikogo nie osądza nie ocenia, zaś wszelkiej maści szamani i inne szeptuchy, media i cudotwórcy różnego autoramentu najczęściej sami się ośmieszają. Oglądając to wszystko czuje się znów jak ten mały chłopiec ciągany przez życzliwych i rodzinę po wszelkiej maści krynicach zdrowia i energii oraz wiary. W sumie fajnie przypomnieć sobie dzieciństwo nawet jeśli było odrobinkę dziwne.

 Program Kossakowskiego obczaić można w necie i na TTV i każdy znajdzie tam coś dla siebie od sceptyka jak ja przez ezo-świrów skończywszy na członkach komitetu ds. walki z sektami lub komisji ds. chrystianizacji kraju. 

Księża w szpitalu

Każdy szpital ma kaplice przynajmniej jedną i księdza w zestawie do niej. Też przynajmniej jednego. Kto za utrzymanie takiej kaplicy i księdza/ży płaci nie wiem. Podejrzewam, że do kaplicy się kościół nie dorzuca i ma w dupie to, że szpital jest najczęściej zadłużony. Media i ogrzewanie zaś kosztują.
Po każdym oddziale włóczy się jakiś ksiądz. Jedni są lepsi, inni gorsi sporo też jest takich, którzy w ogóle nie powinni mieć kontaktu z żadnymi ludźmi, a już na pewno nie z chorymi i cierpiącymi. Czemu? Bo kapłan ma nieść pociechę i ukojenie zamiast być egoistą i smętnie pierdolić oklepane frazesy lub grozić piekłem i potępieniem na wieki próbując zmuszać w ten sposób do modlitwy, nawrócenia, wyznania grzechów i cholera wie czego jeszcze. Może gdzie testament, albo gdzie zakopane pożydowskie złoto ?! :) W przypadku tych naprawdę strych ludzi to może się sprawdzać:).
Księża w szpitalach dzielą się na dwie główne kategorie ci co chodzą po szpitalu i ci co leżą w szpitalu.  są ci Ci co leżą są najczęściej mega obłudni i fałszywi. Puki im jest dobrze to telewizor lub radio napierdala na maxa z mszą, aniołem pańskim albo innym zawodzeniem typu „Ludu mój ludu”, a kto się nie modli ten jest zły i… (tu wstaw wszystko co wiesz o piekle, smole, ogniu i wiecznym potępieniu). Co zaś się tyczy bólu i cierpienia to u innych to uszlachetnia. Należy cierpieć w milczeniu i ofiarować swoje cierpienie Jezusowi. U siebie cierpienie nie uszlachetnia jest to wymysł szatana i po to Bóg stworzył za pomocą naukowców paracetamol-> ketonal-> morfinę, żeby kapłan się nie dał diabłu. Należy z wolą i pomocą bożą podać je księdzu jako pierwszemu bo jest wybrany wyświęcony lub po prostu nienawykły, że coś boli, więc najgłośniej krzyczy. Wikarego, ktoś odwiedzi rzadko za to proboszcz niemal mieszka ze swoją gosposią. Gosposia zaś panoszy się po sali i ustawia wszystkich tak aby ani oni ani ich rodziny nie przeszkadzali księdzu. Jak na sali są katolicy to ok. Gorzej jak się pojawiają byli ormowcy i inni związani z poprzednim ustrojem lub lewicowcy wtedy zaczyna się rzeźnia. W trakcie takich akcji człowiek siedzi i patrzy i zbiera materiały do bloga jak ja. Jest lepiej niż jakby „Big Brother’a” zmieszać z zapasami w kisielu.
Na koniec opowiem wam pewne wesołe zdarzenie jak przyszedł do nas ksiądz taki młody i z misją na twarzy. Zajrzał wieczorkiem na oddział gdzie leżeli sami do kwalifikacji do przeszczepu wątroby w tym ja. Ksiądz zaglądnął i postanowił zagadać miło. Czy nic nam nie trzeba ani mnie ani reszcie nic nie trzeba było poza jednym- wątrobą, ale każdy stwierdził, że jest ok. Humorek nam dopisywał bo dopiero się poznawaliśmy. Ksiądz jednak chciał być uczynny więc drążył temat dalej licząc chyba, że może ktoś do spowiedzi czy do komunii…. więc spytał ponownie „Co mógłbym dla was zrobić ?”. Tego momentu nie mogłem przegapić i odpuścić sobie więc odpowiedziałem, „Oddać wątrobę?!”. Jak się domyślacie rozmowa długo nie trwała, a ksiądz blady chyba na samą myśl o wycinaniu mu czegokolwiek uciekł z sali i z oddziału. W sumie trochę szkoda bo dobrze chłopakowi z oczu patrzyło tylko jak to mawiał klasyk „bojący się był śtraśnie”.

Okularki dla każdego

   Noszę okulary jak wielu ludzi na całym świecie. Swoje pierwsze okulary dostałem w wieku 18 lat po wizycie u okulisty. Lekarz mnie zbadał przepisał pierwsze okularki żebym się przyzwyczaił i dopiero po jakimś czasie tj. 2-3 miesięcy dostałem właściwe szkła. Czemu tak się ze mną cackano? Temu, że taka jest normalna procedura. Na początku od okularów może boleć głowa być troszkę niedobrze. Zwłaszcza jeśli to pierwsze szkła w życiu. To wszystko zależy od indywidualnych cech osobniczych danego człowieka. Ja jakiś wielkich dolegliwości nie miałem, choć pierwsze te przejściowe szkła trochę wkurzały bo nie miały antyrefleksu i odbijało się w nich wszystko jak w szybie. Potem już było lepiej. Po co to piszę? Bo tak to powinno wyglądać i zwykle wygląda. 
   Okulista, jeśli kogoś nie stać prywatnie, jest na NFZ. Owszem trzeba czekać czasem długo, ale jak wiadomo u nas w kraju lekko nie ma i coś za coś. Za okulary do jakiejś tam kwoty zwraca NFZ nie jest to może zawrotna kwota, ale można za nią kupić co najmniej pięć par okularów z placu. Tak z placu i nie mam tu na myśli okularków przeciwsłonecznych tylko takie korekcyjne. Takie zjawisko jak handlarz-okulista występuje na krakowskich placach, jak również handlarz-farmaceuta, ale o tym kiedy indziej. Nie wierzyłem kiedy lata temu mi o tym znajomy opowiadał, ale kiedy ostatnio ktoś historię powtórzył, aż w końcu moja mama przyniosła takiego samego newsa, postanowiłem sprawę zweryfikować i wybrałem się na kleparz. Nie powiem na, który to sobie obczajcie sami. 
   To co zobaczyłem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Pośród stoisk jest sobie pan handlujący tzw. mydłem i powidłem, a oprócz tego posiadający sporą kolekcję gustownych oprawek odpowiednio zaopatrzonych w różne szkiełka korekcyjne. Ludzie sobie przychodzą i pan po 15-20 zeta sprzedaje im okularki po uprzednim szybkim dopasowaniu do wady. Na straganie znajdują się pomoce do diagnostyki w postaci tekturowej tablicy. Na tym, że cudzie diagnostycznym, wyraźnie nadszarpniętym zębem, a w zasadzie kłami czasu, są kiedyś białym, dziś szaro-buro-żółtawym tle różne literki jedne małe inne duże. Wszystkie mocno wyblakłe. Niegdyś czarne. Coś podobnego widziałem tylko raz w życiu w pierwszej klasie podstawówki u higienistki szkolnej.  Pan każe patrzeć, a to na oba oczka przez stragan, a to na jedno, a to na drugie i dostaje się właściwe lub prawie właściwe okularki. Piszę prawie bo czasem się klient uprze, że któreś są ładniejsze, a że akurat zamiast np -2 jest -3-4 to cóż… oczko się przyzwyczai. :) 
   Na koniec widziałem jak do stoiska podeszła babcia z wnuczkiem zaniepokojona, że siedzi za blisko telewizora i zaczęło się dobieranie. Po szybkim mierzeniu wnuczek dostał na oczka takie petardy, że spokojnie mógłby nimi gwiazdy obserwować. Co pewnie się i stanie jak się przez nie gdzie wywali i przywali o coś głową. Dzieciak sądząc z miny nie do końca pewny czy babcia robi właściwie, wracał dzielnie „przyzwyczajając się” do swoich okularków i potykając o co się tylko dało. Radośnie zaś żegnający ich pan sprzedawca chował utarg do chlebaczka na biodrach. I sprzedawca i babcia byli dumni i zadowoleni z siebie, że tak szybko pomogli małemu. Sam dzieciak przejawiał jakby troszkę mniej radości i entuzjazmu. 
Ja oglądając takie obrazki w akademickim mieście, które jest niby kulturalną stolica Polski zastanawiam się to co w takim razie odpierdalają ludzie po jakiś wsiach i małych miasteczkach?  Aż strach się bać tym bardziej, że mnie już próbowali też kiedyś tzw. dobrzy ludzie uzdrowić modlitwą. Znalazłem ich klęczących przy moim łóżku jak przy katafalku kiedy się obudziłem. Wniosek każdy napierdalał różaniec obok mnie jak obok trupa jak spałem. Już o bioenergoterapiach i innych cudach nie wspominam. XXI wiek, UE, kraj poczytywany za rozwinięty i bogaty o wysokiej świadomości społecznej i wysokim współczynniku skolaryzacji i takie kwiatki jak w afryce, amazonii lub na zakałkaziu. Ręce opadają gdzie ja kurwa żyję.

Wszyscy byliśmy Warszawiakami

  Bufetowa zostaje. Choć mało brakowało. No cóż PO kazała i słusznie olać referendum, SLD niebezpośrednio, ale też, a reszta?? Inne partie się niepotrzebnie wtrącały machając swoimi szyldami ludziom przed oczami. Gdyby zachowano choćby pozory, że akcja jest oddolna to dziś Bufetowej by już na stanowisku nie było. Hanki mi tam nie żal. Problem w tym, że odwołuje się takiego prezydenta po roku max dwóch, zamiast niecały rok przed kolejnymi wyborami. To tak jakby obudzić się z ręką w nocniku i wycierać ją o włosy na głowie ręka niby czysta, ale czy takie rozwiązanie posuwa sprawę na przód?! 
   No, ale podburzony lud zażądał igrzysk i je dostał. Zabawa była o tyle przednia i udana, że kosztowała połowę tego co Madonna, przy czym wjazd na imprezę był za free a uczestnicy dostawali specjalne karteczki, które umożliwiały zabawę czego o Madonnie nie da się powiedzieć. Ona zaśpiewała to co chciała bez konsultacji społecznych. Z koncertu Madonny nie było też transmisji i prasa nie rozpisywała się tak o nim jak o referendum. Kolejny plus to możliwość obejrzenia Kraśki w studio wyborczym w raz z dzielnie mu partnerującą Tadlą i oglądanie debat okołowyborczych. Generalnie same plusy i niemal każdy może się bawić. Ot taka niedziela dla wszystkich w tym  5 minut dla Jarka, Janusza i innych co by tak bardzo chcieli do korytka już, a tu jeszcze jak na złość nie, bo inny jeszcze jedzą. Igrzyska były i to po taniości. Bufetowa zeszła z areny z tarczą lud się pobawił. Cała Polska przez chwile była Warszawiakami. Teraz czekamy na nowe transmisje z wielkich narodowych wydarzeń następny będzie mecz z Anglią i jak to ładnie ujął Szpakowski „Wembley zobowiązuje” cokolwiek to znaczy :).

Moja mądrość nie zna granic

  
  Dziś dzień lekarzy najpierw konsultacje z profesorem na klinice. Jutro mam tam podrzucić najnowsze wyniki i prawdopodobnie poślą mnie do Wawy. Potem do okulisty bo się jakieś problemy od leków z oczami robić zaczynają. Wziąłem więc auto wyniki badań, spis leków oraz moją mamę do ostatniej chwili rzekomo czekającą na mnie i rzucającą zaklęcia typu; „już wychodzimy!”, „czekam na ciebie!”, „ubieraj się bo ja już jestem gotowa!” Wpakowałem cały komplet do samochodu i pojechałem na do lekarza mamę po drodze wysadzając do pracy. Pani dr mnie przyjęła szybko sprawnie i bez terminu po czym zaczęła badania. I tu jak to mawiał pijany Wieniawa zaczęły się schody nie żebym miał jakieś halo do samych badań okulistycznych. Badania jak badania, ale w pewnym momencie padło stwierdzenie, że „pan oczywiście nie jest kierowcą bo będziemy kropić oczy”. Ja na to, że przyjechałem autem co panią dr wyraźnie zmartwiło, ale postanowiła, że i tak zakrapiamy no bo w końcu po to przyszedłem. Potem trochę szczypało i miałem chwilę posiedzieć z zamkniętymi oczami. podczas tego siedzenia dowiedziałem się, że nie będę widział ostro przez najbliższe ok cztery lub troszkę więcej jako,że jestem niebieskooki, godzin. A do tego będzie światłowstręt. Badanie upłynęło jakoś dowiedziałem się, że mam zaczątki zaćmy itd. Po czym pożegnałem się z panią dr i ruszyłem na parking. 
   Wcześniej siedząc w poczekalni tknięty jakimś wewnętrznym głosem zadzwoniłem po Piotrusia mojego best kumpla, opowiedziałem mu o całej sytuacji i kiedy skończył się śmiać i gratulować mi IQ. Powiedział, że weźmie rower i mnie zwiezie do domu. Puki byłem w w po PRLowskim budynku przychodni który mimo doświetlenia jarzeniówkami był ciemny póty było ok na parkingu dowiedziałem się co to światłowstręt. Jeju!!! dojście do pasów po omacku ze łzawiącymi z bólu i do granic zmrużonymi oczami było przeżyciem niezapomnianym. Na stacji już jakoś było kupiłem coś do picia i wróciłem w ten sam bolesny sposób. Posłuchałem sobie radia to przybliżając to oddalając książkę od twarzy i nie mogąc w żaden sposób otrzymać ostrości. Piotrek przyjechał z takimi oczami pomagałem mu wpychać jego górala na tylne siedzenie mojej polówki. Było ciężko, ale przy założeniu a priori, że „nie ma że nie wejdzie jak wejdzie-MUSI!”. Jakoś się udało. Nie da to się uniknąć śmierci i podatków. I ruszyliśmy dzielnie w drogę. Piotrek za kierownicą ja zapłakany ile razy wjechaliśmy w słońce i do tego jeszcze łeb zaczął mnie boleć z tego wszystkiego. Po drodze mijaliśmy patrol policji haltowali wszystkich ale to absolutnie wszystkich na nas i rower z tyłu popatrzyli z politowaniem jak na dwóch spolegliwych idiotów w okularkach i pożałowali wyciągnąć łapkę i lizaka na halcik mimo że przejeżdżając gapiliśmy się im prosto w oczy. Spojrzałem na Piotrusia i zadałem to pytanie, które i tak musiało paść „Co jest kurwa z nami nie tak?” nawet policji szkoda lizaka. Piotruś stwierdził, że widać wyglądamy na zupełnych idiotów o frajerskim wyrazie twarzy, skoro nawet pały nasz puszczają z litości. W ten optymistyczny sposób znowu podbudowawszy swoją wartość tym razem dzięki krakowskiej drogówce dotarłem do domu zaparkowaliśmy na bogato i zaczęliśmy wyciągać i skręcać rower.

Eko-portfel aktywisty

   Byłem dziś wreszcie u Damiana mojego wesołego ziomka, który jest afrykańskim striptizerem i przy tym megasympatycznym gościem. Pyknąłem mu fotki jakiegoś autka, które mył żeby ładnie wyglądało przed wystawieniem do sprzedania. Nie było kosmetyków do skóry wiec fotele nabłyszczyliśmy odrobiną oleju rzepakowego mam nadzieje, że przyszły nabywca tego furacza z zieloną skórzaną tapicerką się nie obrazi. Po wszytkiemu Damian zrobił dla mnie obiecany wcześniej tutorial pt. „Jak zrobić eko-portfel z tetrapacka po soku”. Wzięliśmy duży 2l sok, ale można też z mniejszych i wzięliśmy się do dzieła tzn ja do focenia a Damian za pokaz. Zabrakło tylko taśmy klejącej na obramówki, ale ona jet opcjonalna tak tak oklejanie portfela w celu zastąpienia się logo producenta który wytworzył sok czymś innym i w naszym klimacie.
Resztę krok po kroku macie poniżej.
EKO-PORTFEL DOBRY NA CZASY KRYZYSU;
Po lewej osobisty portfel Damiana czyli efekt jaki chcemy uzyskać z tego dużego tetrapacka.
 Co potrzeba do stworzenia wersji minimum Bez obramówki i dodatkowych upiększeń.
 1. Odkęcamy nakrętkę z tetrapacka i zgniatamy go tak aby uszło całe powietrze.
 2. Odcinamy zbędną końcówkę nożyczkami.
 3. Płuczmy tetrapack z resztek soku.
 4. Wycieramy tetrapack od środka do sucha.
 5. Wycinamy zbędny bok kartonika po soku jak na poniższych 3 fotach.
6. Zaginamy pozostały boczek. On posłuży nam za zamknięcie.
 7. Wycinamy ciasne foremne półkole na końcu zamknięcia. To będzie element mechanizmu  zapinającego nasz portfel.
 8. Dopasowujemy wycięcie do gwinta od zakrętki. Ta siedzieć ciasno żeby się po zamknięciu nie otworzyć.
 9. Zakręcamy zakrętkę żeby sprawdzić czy działa i jeśli tak to w zasadzie portfel gotowy.
 Sam portfel jest praktyczny i dość wytrzymały. Tak jak tetrapack, którego używa się do jego produkcji. Potem można go wzmocnić na brzegach kolorową taśmą izolacyjną i okleić czym się chce żeby był ładny i w pożądanej przez właściciela estetyce. My na potrzeby tutorialu zrobiliśmy tylko taką wersję podstawową, która pasuje do kieszeni od szturmówek.