Miesięczne archiwum: Grudzień 2014

Święta w wersji chill, każdego na to stać.

   Włączam internety, tv i czytam prasę i… czytam, że nikt nie lubi świąt. Dla każdego to utrapienie, stres, zmęczenie i w zasadzie zero radości. Dodatkowo wszędzie komercja,pogoń za zakupami i czas świątecznych poradników z cyklu „Jak mieć wyjebane i… udane święta”, „Pierdylion i jedna potrawa na świąteczny stół”, Zrób lub kup prezenty i opakuj je zajebiście jak szatan”,  „Jedź w pizdu i baw się dobrze, zamiast siadać na wigilie z rodziną” itd. itp.

Jedyny mój rysunek na święta jaki mam na tym kompie.

Jedyny mój rysunek na święta jaki mam na tym kompie.

Ja zaś uczę się świąt od nowa. Choroba pozwala mi na nowe spojrzenie na ten czas. Traktuje to jakoś tak bardziej rodzinnie mniej komercyjnie. Lubię spędzać czas z moją rodziną tym bardziej, że sam nie wiem ile mi go zostało. NIE mam ciśnień żeby było sianko i 12 potraw i pasterka, fajnie żeby opłatek się znalazł bo bez tego głupio jakoś, czekoladą się nie połamiesz przecież. Sianko… sianko to najlepiej na koncie, żeby było. Leki i dieta same się nie zapłacą, a uwierzcie bądź nie kosztują. np. teraz siedzę drugą dobę w szpitalu gdzie szaleje grypa, żeby dostać lek, bo w aptece koszt tego akurat specyfiku to; UWAGA- 1000 zł z jakimś hakiem.

Ale wróćmy do świąt i mojego podejścia. Nie denerwuje się, od szaleństw jest mama, chodź i jej jakoś z roku na rok przechodzi. Robimy jakby dwie wersje stołu wigilijnego, czyli takie jedzenie żebym ja mógł zjeść i żeby też inni pojedli. Dodatkowo trzeba kupić jakąś choinkę, ale też bez ciśnień 1-1,5m starczy. (Wyczekam przed wigilią, żeby była tańsza). Karpia też kupimy. Niby wszyscy piszą i deklarują, że nikt go nie lubi itd., a jakoś co roku sprzedaż rośnie i lud bierze nawet i po 5 sztuk. Swoją drogą co k… można zrobić z 5 żywymi karpiami?! – Ktoś lubi używać młotka. Bez kitu psychopaci są wśród nas :). prezenty kupiłem już jakiś czas temu przyjedzie sis kupi się jeszcze coś mamie i git. Wiemy co tylko trzeba wybrać i odstać w kolejce. Na następne święta zamówię wszystko online i będzie jeszcze mniej biegania i stresu. Święta mają być wesołe miłe i na luzie. 12 potraw?! Ludzie kto tyle żre?! Potem jest płacz i lament w tysiącach polskich domów, ŻE DUPA UROSŁA I SUKIENKA CO BYŁA DOBRA NA SYLWESTRA JEST ZA CIASNA, albo krzyki, że brzuchol rośnie w kwadratowym tempie.

Ja jak zwykle chcę iść na szopkę do franciszkanów. Jak zwykle pójdzie plotka, że będzie wielbłąd, ale go nie będzie. Jak zwykle się rozczaruje, bo nie będzie wielbłąda i że szopka marna, licha, jak stajenka co się w niej Jezusek urodził, ale co mi tam, idę. IDĘ I JUŻ!!! Sam nie wiem czemu ja to robię ja przecież nawet nie wierzę… Nic, trudno, chuj! Idę! Może w te święta, uda mi się z tata zagrać w szachy, po raz pierwszy od lat, albo nakłonić rodzinę do wspólnej gry w „Kolejkę” lub inną planszówkę czy choćby do wspólnego oglądania jakiegoś filmu na DVD. Jeśli się nie uda to trudno. Nic na siłę. Porobię coś sam.

Generalnie chcę powiedzieć, tak na półmetku tego wpisu, że święta są po to żeby było miło i każdy powinien się dobrze w ten czas bawić. Nie zmuszajcie się do robienia czegoś wbrew sobie i nie zmuszajcie do robienia danych rzeczy innych. Zaproponować i spróbować przekonać, ok, ale jak nie chcą to nie, trudno.

Teraz prezenty. Prezenty fajnie dawać i otrzymywać, ale bez cudowania. Upominek powinien być niezbyt drogi, dopasowany do obdarowywanego i przemyślany (Żadnych zwierząt pod choinkę. Przywiązywanie psa w lesie lub przerzucanie kota przez płot azylu to potem ciężka praca. To ani zwierzakowi nie służy ani jego właścicielowi.).

Choinka powód kłótni, i wszelkich zatargów. Każdy wie jaka ma być i jak ją ubrać i co ma na niej wisieć, żeby nie utonęło. U nas ostatnio właśnie tak jest, a najbardziej ortodoksyjna jest w tym względzie moja mama. Więc skoro lubi to zostawiam to jej. Ja już nie ubieram nawet jak mnie proszą czy każą, bo to robota głupiego. Mama i tak przyjdzie i spędzi godzinę przewieszając, żeby było „lepiej”. Kiedyś mnie to złościło, teraz bawi. Troszkę jak za komuny, robotę jednego robi dwóch. Każdy ma w domu domorosłego lub nie daj boże zawodowego dekoratora estetę, dajmy mu niech się wykaże w końcu to tylko choinka. Po świętach i tak chowamy ją do piwnicy lub ląduje na śmietniku lub wkopujemy ją gdzieś w nadziei, że się przyjmie. Ważne jest żeby nie poszła z dymem lub żeby nikt i nic jej nie rozwalił. Najważniejsze jest to co pod nią- prezenty :).

Wreszcie kuchnia. Słynne 12 potraw kto to zeżre!? Nie wystarczy rybka, barszcz, sałatka warzywna i coś na deser? Na pierwszy dzień świąt poprawka bo nie wszystko zeszło, na drugi dzień coś wcześniej zaplanować i ugotować ze zgromadzonych uprzednio składników, plus dobić ciastami i słodyczami  spod choinki, a trzeciego to już można iść do sklepu i kupić coś do jedzenia. Jest jeszcze opcja dla leniwych; w drugi dzień odwiedzić rodzinę i/lub znajomych i objeść ich troszkę, ewentualnie iść do restauracji na obiad, a resztę dnia opędzić kanapkami i jakimś świątecznym ciastem. I po świętach. Minimalistyczne, bezciśnieniowo, miło i dla każdego, a no i jest czas na przeżywanie, egzaltację itd.  Jak rodzina was wkurza to jakoś się wymanewrujcie z dłuższych posiadów. Krótki smal talk i do siebie pod byle pretekstem. Pamiętajcie zdrowie i odpoczynek (zwłaszcza dla nerwów) to podstawa. Święta można spędzić naprawdę super pod warunkiem, że ma się do tego tematu dystans i odpowiednie nastawienie.

Wesołych Świąt i mokrego karpia. :) !!!

Cyrk Motyli- czyli siła i zajęcie.

   Nowy wpis. Wreszcie się udało. Troszkę to jak zwykle trwało, ale jest. No i super. Dziś o tym czemu piszę nieregularnie i czemu warto mieć jakieś zajęcie.

cyrk motyli

cyrk motyli

   Jeśli chodzi o pierwsze zagadnienie to rzeczywiście piszę raz więcej, a raz mniej. Często spowodowane jest to tym, że nie najlepiej się czuję lub zwyczajnie mam sporo na głowie.

    Tak wyobraźcie sobie, że bezrobotny rencista może mieć tyle na głowie i tyle zajęć, że po prostu nie ma na nic czasu. Zabawne, ale to fakt. Samo przesiadywanie na dializie plus dojazd i powrót z niej oraz to razem ok 6,5 do 7 godzin. Do tego dochodzą wizyty kontrolne, rehabilitacja załatwianie wszystkiego w NFZ i urzędach, osobiście, bo systemy informatyczne to są, ale nie dla petenta.  No i doba się kurczy. Ja dodatkowo poza pracowitym okresem ostatnio mam jeszcze kilka rzeczy które wypełniają mi mój czas, po to abym nie myślał o chorobie i o swojej mało ciekawej sytuacji.

   Zająłem się pszczołami i to mnie strasznie kręci. Zbieram środki na porządną pasiekę, bo na razie gościnnie korzystam z pasieki i pracownie pana Ryszarda Teski. Piszę też biznesplan jak ona ma funkcjonować itd. Do tego chcę nagłośnić swoją historię, bo marzy mi się być jak Nick Vujicic. Co prawda mam troszkę inne podejście do tematu motywacji w kilku względach, ale generalnie idea jest ta sama- chcę i potrafię motywować więc czemu bym miał na tym nie zarabiać i nie mieć w ten sposób na leczenie i godne życie. Renta i kombinowanie na fuchach to nie jest godne życie.

   Świetnie sobie radzić z taką ciężką chorobą, być upartym w dążeniu do celu i mieć / być konstruktywnie wkurwionym na rzeczywistość, to jest naprawdę dużo, a umieć to przekazać, opowiedzieć o tym i nauczyć tego jest warte jeszcze więcej. Już o tym opowiadam i uczyę tego ludzi, że złość można, a nawet trzeba przekuć w jakieś działanie, bo inaczej cie to zeżre. Ja się wkurwiłem i powiedziałem sobie teraz, albo nigdy i kupiłem pierwszy ul. Potem 2gi, 3ci, 4ty… i tak mam 8 (pszczoły są tylko w 5ciu, na razie) jeszcze 12 ziemia, sprzęt do pracowni pasiecznej, ścieżka edukacyjna dla dzieci i młodzieży, kursy dla dorosłych, plus możliwość uczestniczenia w pracy pasieki dla chętnych i jestem w domu. A jeszcze o gadżetach, linii koszulek i wyrobach pszczelich bym zapomniał. Sporo co? Może, ale jeśli się uda będzie to moje. Pewnie, że trzeba na to wyżebrać, uzbierać itd. Czego jednak nie robi się dla marzeń? Zbieram od dwóch lat 1% na siebie (a w zasadzie na leki, dietę i rehabilitację) mogę równie dobrze też zbierać na pasiekę. Bardzo lubię ten mój pomysł z pszczołami. Produkcja miodu, to produkcja konkretnego dobra jak stali czy chleba. Bez wielu współczesnych zawodów można by się obejść są to zawody zapchajdziury. Jednak jeśli ktoś coś konkretnego produkuje na co jest popyt to jest on mega-pożyteczny niczym pszczółka. Taka jak te moje, a ja chcę dawać i dzielić się swoim doświadczeniem, historią i siłą (puki ją mam) z innymi. Stąd ten tekst, stąd pomysł na pszczoły i stąd pomysł na bycie mówcom jak Nick Vujicic. Swoją drogą widzieliście jak on wygląda? Powiem wam tak on jest na zewnątrz taki jak ja w środku. Sam nie wiem co gorsze nie mieć rąk i nóg czy żyły wrotnej. Paradoksalnie moja wada rozwojowa jest rzadsza i trudniejsza do wykrycia i ogarnięcia przez współczesną medycynę. Nick za to nie może się po tyłku sam podrapać, umyć czy siąść na klopa, ale nieporównanie lepiej sobie radzi. Ma już żonę (całkiem ładną) i dziecko (normalne i zdrowe) no i kasę na leczenie i utrzymanie, a do tego daje ludziom ogrom wiedzy i nadziei motywując ich do życia i działania. WOW!!

Na koniec polecam obejrzeć film „The Butterfly Circus”. To tylko 20 min., ale za to mega-inspirujących i motywujących. Mnie się podobał i dał niezłego kopa na przód.

Wioska Smerfów

    Ten tekst był pisany w szpitalu jak się obudziłem i jeszcze nie do końca ochłonąłem, ale postanowiłem go jednak wrzucić i chyba posłucham tzw. dobrych rad i przestanę pisać tyle o szeroko pojętej służbie zdrowia, a zacznę o pszczołach, life stylowo, bo było „śmieszno”, a w 3 dni zrobiło się „straszno”…

 Wiele razy wspominałem, że Krakowski szpital CMUJ jest bardzo stary. Większość budynków pamięta Kajzera lub Piłsudskiego. Jest też ostatnio zbudowany, nowoczesny CUMRYK z lądowiskiem dla helikopterów (na dachu tegoż co daje ekstremalne przeżycia pacjentom neurologii) i klasztor z XVII w. przerobiony na klinikę, dla przeciw wagi. Żeby było weselej każda klinika jest w innym budynku. Ot i jest jak w wiosce Smerfów :). Każdy profesor ma swój domek i  swoich lekarzy –swoje Smerfy.  Ja zaś będąc sobą,  jak Gargamel biegam po smerfnej wiosce i  łapie lekarzy niczym Smerfy w ich domkach.

To, że tak to wygląda to wina rządzących, tym miastem i tym krajem. Wreszcie się coś ruszy, ponoć. Niby kontrakt jest i ma powstać jeden budynek, nowoczesny, szpitalny, za kasę z UE, rządu i samorządu. Zajęło to naszym elitom grubo ponad kilkadziesiąt lat. Ale może się uda, tylko czy ja tego dożyję? To pytanie wcale nie jest retoryczne niestety.

 Największy strach na wioskę Smerfów pada kiedy przywozi mnie karetka, bo wtedy nie wiadomo co ze mną zrobić. Smerfy są dobre i chcą nawet takiemu złemu Gargamelowi  jak ja pomoc, który burzy ich spokój nocą.

Karetka wjeżdża na CUMRYK i zapalają się światełka na całej wiosce Smerfów (na wszystkich trzech ulicach)i zaczynają dzwonić telefony, bo głupio tak, żeby Gargamel zmarł no bo bajka straciła by sens. Na razie im się udaje, ale Gargamel, jest ciężko chory. (Według pewnego angielskiego artykułu było 5 takich diagnoz, że u dorosłego wykryli brak żyły wrotnej w Europie ja jestem 6ty i czasu jest coraz mniej, a zabiegi takie, że się udają, robią tylko w Holandii. Tak przynajmniej wynika z moich informacji). Jeśli źli ludzie z Warszawy go zablokują, po raz 4 ty i odeślą do wioski Smerfów,  to tym razem bajka się skończy.  Źli ludzie z Warszawy, którzy mają moc, żeby wysłać Gargamela za granice żeby miał szanse na wyleczenie, lub choćby porządne przebadanie, już trzy razy z kwitkiem odesłali go do wioski Smerfów.  Tajemna wiedza smurphna wiedza się zaś kończy podobnie jak Gargamelowa wytrzymałość i kolejne mikstury z dializatora i kroplówek mogą nie już na następny raz nie wystarczyć.

(PS. U dorosłych z brakiem żyły wrotnej objawy śpiączki amoniakowej się nasilają i w końcu uszkodzenia mózgu są nieodwracalne. Pisząc to ja już mam pewne ubytki w stosunku do pierwszych objawów 4lata temu. W klinice transplantologii na Banacha uznano, że za granicę nie ma sensu, a wątrobę mam dobrą i nic się nie da zrobić. Dziwne, bo artykuł jest do wydrukowania w sieci i każdy go może znaleźć jeśli poszuka, a i w teczce z dokumentami z Krakowa 4lata temu był. Zagranica chce gadać z Warszawą zaś Warszawa żadną zagranicą nie chcą gadać. Zostawiając to mnie i mojej mamie i tacie).

(PS.1 Rysunków nie będzie. Za dużo nerwów zjadłem jak mi opowiedzieli, co się działo. Ja umieram, ale jaja, w tym wieku.)