Archiwa kategorii: Bez kategorii

Pierogi zajebisty fastfood po polsku.

Ostatni tydzień minął mi pod znakiem pierogów. Jadłem je od środy aż do niedzieli, nawet dzisiejsza burza mi w tym nie przeszkodziła. Dawniej wszyscy jarali się ravioli lub tortellini, jaby było czym jedne mają przeważnie beznadziejny farsz drugie są jakieś małe i okropnym farszem. My tu na terenach dawnej Rzeczpospolitej obojga narodów mamy głęboką dawną tradycję robienia pierogów, która chwała bogu odżywa z każdym rokiem.

DSC_0670

Komuna zabrała nam wszystko od przyzwoitości i honoru przez zaufanie społeczne na ludowości i kulinariach skończywszy. Ludowość padła bo była etatowana przez partię więc tylko Mazowsze i inne karykatury ludowości polskiej a kulinaria bo część była burżujska i wielkopańska, a na ugotowanie reszty niestety , idąc za klasykiem, nie wystarczą szczaw i mirabelki. Tak więc zniewolenie i braki gospodarcze załatwiły nas na jakieś 50 lat. Kiedy wreszcie w tym kraju się trochę poprawiło gospodarczo, to różni ludzie po chwilowym zachwycie, gównianym, śmieciowym jedzeniem robionym na modłę zachodnią, wreszcie wracają do korzeni dobrej kuchni polskiej. Odkurzają stare przepisy i całe książki kucharskie. Często źródłem wiedzy są też już wymierający nasi dziadkowie, oczywiście ci, którzy są na tyle starzy żeby pamiętać to i owo z tego, jak i co się z czym gotowało, ważyło, piekło i czym doprawiało. Te przepisy wracają jak gęsina na polskie stoły.

DSC_0673

Nasi gastronomicy wszelkiej maści nie tylko odtwarzają stare przepisy, ale też poprawiają je lub tworzą własne receptury. Jednak nic nie daje takiego kopa do wzmożonej pracy nad swoimi regionalnymi produktami jak popyt. Nie od dziś wiadomo, że reklama dźwignią handlu stąd moja radość na coroczny festiwal pierogów. Gdzie oprócz pierogów można serków podhalańskich skosztować i też troszkę innego jadła się zaplącze. Najważniejsze jednak, że pierożki, nasze polskie, są wystawiane przez z roku na rok coraz większą grupę restauracji, barów, pierogarni. To oznacza, dwie rzeczy; 1. jest to nasz hit eksportowy, jak pizza włochów, bagietki francuzów czy piwo i serdelki z Niemiec lub czekolada z Belgii i Szwajcarii. 2. Zrywamy ze stereotypem kraju gdzie żarcie jest ciężkie i spożywa się je z wódką.

DSC_0669

Sam festiwal jest w Krakowie od ładnych paru lat obecnie na „Małym Rynku”  w szczycie sezonu turystycznego i w miejscu gdzie gromadzi się najwięcej turystów w całym Krakowie. Ciężko o lepszą reklamę dla pierogów niż zrobić festiwal z najlepszymi wytwórcami pierogów z Krakowa i nie tylko dosłownie 30 metrów od rynku głównego. Kasa mniejsza, a zasięg lepszy niż jakby puszczać na cały świat reklamy w necie i tv przez kwartał.

DSC_0672

Same pierogi wyewoluowały, nie robi się już tylko ruskich, z mięsem czy kapustą i grzybami. Zwycięzcą tegorocznego festiwalu był mój fawory kaczka z morelami – rewelacja. Jakby nie dieta niskobiałkowa to zjadłbym ze dwadzieścia powyższych i też takich z gąską. Wróćmy do ewolucji, ciasto niby to samo, zdarza się zabarwione pod kolor farszu (szpinak- zielone, malina- czerwień czekolada- brąz itd…), Farsz też różny różniasty, kto co lubi, na słodko na ostro na kwaśno, na słono lub miksy tych smaków. mniej bardziej doprawione lub całkiem na ostro. Obecnie pierogi robi się z różnymi farszami, nie zmienia się jedno większość z nich jest z naszych polskich specjałów. Ludzie zaś zdają się kochać pierogi coraz bardziej, choćby dla tego, że są sycące niedrogie dostaje się je na zasadzie fastfoodu, a są o niebo zdrowsze i co najważniejsze SMACZNE!

DSC_0676

Nie znam osoby która by nie lubiła pierogów. Można nie lubić na słodko lub tzw na słono albo smażonych, albo gotowanych, ale nie ma nikogo kto nie lubił by ich wcale. Kwestią gustu jest jedynie jak lubimy je podane i jakim farszem i dodatkami. Sądzę, że za niedługo pierogi będą funkcjonowały tylko pod dwoma nazwami „pierogi” i „dumplings”. Przy czym angielskie „dumplings” jest tłumaczeniem polskiej nazwy i chętnie za parę lat usłyszę „italian pierogi” lub „italian dumplings”. Kilku włoskich kucharzy szlag z zazdrości pewnie trafi zaś my będziemy słynni już nie tylko z wódki kiełbasy czy jabłek.

DUPA BOLI MISIA, czyli jak zostałem pszczelarzem

a8_Olek_Pszczoly_17sierpien2014_

Każdy kto mnie spotyka i słyszy czym się zajmuje i co chcę dalej z tym robić. Robi wielkie oczy. Często upewnia się, że mówimy o tym samym. O pszczołach. Takich żywych, co robią miód, bzyczą, zapylają i żądlą. Kiedy już jestem dogadany z moim rozmówcą, że tak owszem, właśnie o takie pszczoły chodzi, takie żywe itd. Zadawane jest mi kolejne pytanie, które brzmi mniej więcej tak; Skąd taki pomysł? i „Gdzie je trzymasz, na balkonie?”. No i całą historię trzeba opowiadać od początku… Nie żebym był socjopatą i nie lubił ludzi i rozmawiać z nimi, ale gadam w kółko to samo, a nigdy nie lubiłem czynności powtarzalnych. Pomyślałem więc opiszę wszytko na blogu i będę odsyłał ludzi tutaj niech sobie przeczytają, a było to tak…

b4_Olek_Pszczoly_17sierpien2014_

12.03.2014 kończyłem 29 lat impreza była udana, choć ja już nie miałem złudzeń, że dni moich nerek są policzone. Zastanawiałem się ile jeszcze wytrzymam bez dializ. Wytrzymałem tydzień potem sam zgłosiłem się do mojego lekarza prowadzącego, żeby wypisał mi skierowanie do szpitala na klinikę nefrologii, gdzie dobrze mnie już znali. W końcu leczę się u nich nieprzerwanie już ponad 10 lat. Mniejsza jednak o to. Na klinice, na oddziale dostałem cewnik permanentny i termin na wytworzenie przetoki żylnej do dializ. I kiedy sobie tak przez weekend czekałem na to czy i kiedy mi wsadzą „permkata” (tak się mówi na cewnik permanentny). Pomyślałem sobie, a uwierzcie w szpitalu jest ogrom czasu na myślenie, „Co ja teraz będę kurwa robił, bo rumakowanie się skończyło i mam przejebane w chuj”. Podczas takich rozmyślań nad tym, co by tu i jakby tu, wróciły wspomnienia jak to jako mały chłopiec chodziłem z dziadkiem do jego pszczół. Koniec takiego wypadu był zawsze taki sam; płacz, śpik do pasa i co najmniej jedno żądło do wyciągnięcia. Taki obrót sprawy nigdy mnie jednak nie zniechęcał i zawsze szedłem po raz kolejny i kolejny i… Sam nie wiem co w pszczołach takiego było… Z perspektywy czasu wydaje mi się, że albo byłem masochistą już w tym wieku, albo kręciło mnie to co zakazane i niebezpieczne oraz niszowe. Super też smakował miód z woskiem do żucia i ten zapach, który towarzyszył pracy przy pszczołach… Ahhh…

a2_Olek_Pszczoly_17sierpien2014_

W szkole czytając wypracowania na polskim pt. „Jak spędziłem wakacje” chwaliłem się dojeniem krów, kierowaniem ciągnikiem, czy próbami ujeżdżania świni, nigdy jednak pszczołami. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że chyba tylko dla tego, bo wydawały mi się mało interesujące i wzbudzające zazdrość u moich kolegów z klasy, oraz dla tego, że każde takie wyjście kończyło się  wyciem i wyciąganiem żądeł. Taki finał to dla młodego faceta lat 7-8 totalna porażka, a wiadomo wakacje mają być pełne przygód, zwycięstw i męstwa. Z samego chodzenia do pszczół lubiłem najbardziej podkurzacz, który robił masę dymu. Można było nim dymić okrutnie i do tego rozpalić go samemu. To zaś oznaczało bezkarną zabawę zapałkami. Rozpalało się go papierem, próchnem i/ lub suchym krowim łajnem. To ostatnie paliwo, czyli suche krowie gówno, też nie było niczym do chwalenia się, podobnie jak podpatrywanie jak się prowadzi byka do krowy. Domowa cenzura w postaci mamy, która poprawiała mi błędy, by i tak czegoś takiego w wypracowaniu nie puściła. Ponadto nawet taki naturszczyk, jak ja zdawał sobie sprawę w swoim dopiero kształtującym się małym rozumku 8-latka, że pewne rzeczy narobią więcej kłopotów niż pożytku.

a7_Olek_Pszczoly_17sierpien2014_

Tak mi te wspomnienia zostały i gdzieś tam z tyłu głowy się kołatały, rosły, by wreszcie dojrzeć i pod wpływem choroby wykiełkować i nabrać kolorów i realnego kształtu w postaci pomysłu na życie. Kiedy opowiedziałem o tym rodzinie odbiór był, jak zwykle taki, jaki był za każdym razem kiedy wzdychałem sobie nieśmiało do pszczół. „A gdzie ty to postawisz?! Na balkonie?! Hahaha!” Ja zaś stwierdziłem, że teraz albo nigdy, wszelkie kpiny uśmiechy i politowanie oraz opowieści o balkonach olałem twierdząc, że „nie martwcie się”. Szybko, nie czkając aż dojdzie do mnie na co się porywam dowiedziałem się co i jak i zacząłem działać. Zadzwoniłem do jedynego pszczelarza jakiego znałem- taty mojego kumpla- pana Ryśka. Wypytałem go co i jak oraz czy mi pomoże zacząć. Kiedy pan Rysiek się zgodził. Pozostało czekać tylko na wypis ze szpitala. Pierwsze co zrobiłem po wyjściu z kliniki to zamówienie pierwszych uli. Jakież było zdziwienie mojej mamy, kiedy na środku salonu zobaczyła ul. Wtedy uświadomiła sobie, że nie żartowałem z pszczołami i że z tym będzie jak z rybkami. Miało przejść po tygodniu, jak każdemu normalnemu dziecku. Nie przeszło. Rybki hoduję już 23 lata. Szybko skompletowałem cztery styropianowe ule. Potem odstawiłem do hodowcy żeby wsadził mi tam odkłady (taki zalążek rodziny pszczelej- matka i ok 2-3tyś pszczół). Potem doszły kolejne ule tym razem już drewniane, te poszły w góry. Tam pszczoły podarował mi brat mojego sąsiada, bardzo fajny facet, podobnie jak moi sąsiad i jego rodzina. A dwa kolejne ule też drewniane stoją rzeczywiście na balkonie, ale puki co są puste. Pierwszy rok hodowli poświęciłem na naukę: czytanie, pracę z pszczółkami pod okiem fachowców, pracę w pracowni, konferencje o pszczołach itd. Dlalej chcę rozwijać swoją pasję o ile i na ile zdrowie pozwoli, bo pszczoły są naprawdę fajne, dają dużo satysfakcji i MIÓD :).

DSC_1607

Od 18tego stycznia zaczynam zbierać pieniądze na stronie crowdfundingowej https://wspieram.to/ żeby kupić podstawowe wyposażenie do mojej własnej małej pasieki, bo póki co korzystam z życzliwości pana Ryśka, który udostępnia mi miejsce u siebie oraz swoją pracownię pasieczną. Ci którzy to czytacie „szerujcie” to dalej i dalej, bo fajnie, żeby jak najwięcej osób dowiedziało się, że można pomimo choroby żyć w miarę pożytecznie i mieć swoją pasję.

Wioska Smerfów

    Ten tekst był pisany w szpitalu jak się obudziłem i jeszcze nie do końca ochłonąłem, ale postanowiłem go jednak wrzucić i chyba posłucham tzw. dobrych rad i przestanę pisać tyle o szeroko pojętej służbie zdrowia, a zacznę o pszczołach, life stylowo, bo było „śmieszno”, a w 3 dni zrobiło się „straszno”…

 Wiele razy wspominałem, że Krakowski szpital CMUJ jest bardzo stary. Większość budynków pamięta Kajzera lub Piłsudskiego. Jest też ostatnio zbudowany, nowoczesny CUMRYK z lądowiskiem dla helikopterów (na dachu tegoż co daje ekstremalne przeżycia pacjentom neurologii) i klasztor z XVII w. przerobiony na klinikę, dla przeciw wagi. Żeby było weselej każda klinika jest w innym budynku. Ot i jest jak w wiosce Smerfów :). Każdy profesor ma swój domek i  swoich lekarzy –swoje Smerfy.  Ja zaś będąc sobą,  jak Gargamel biegam po smerfnej wiosce i  łapie lekarzy niczym Smerfy w ich domkach.

To, że tak to wygląda to wina rządzących, tym miastem i tym krajem. Wreszcie się coś ruszy, ponoć. Niby kontrakt jest i ma powstać jeden budynek, nowoczesny, szpitalny, za kasę z UE, rządu i samorządu. Zajęło to naszym elitom grubo ponad kilkadziesiąt lat. Ale może się uda, tylko czy ja tego dożyję? To pytanie wcale nie jest retoryczne niestety.

 Największy strach na wioskę Smerfów pada kiedy przywozi mnie karetka, bo wtedy nie wiadomo co ze mną zrobić. Smerfy są dobre i chcą nawet takiemu złemu Gargamelowi  jak ja pomoc, który burzy ich spokój nocą.

Karetka wjeżdża na CUMRYK i zapalają się światełka na całej wiosce Smerfów (na wszystkich trzech ulicach)i zaczynają dzwonić telefony, bo głupio tak, żeby Gargamel zmarł no bo bajka straciła by sens. Na razie im się udaje, ale Gargamel, jest ciężko chory. (Według pewnego angielskiego artykułu było 5 takich diagnoz, że u dorosłego wykryli brak żyły wrotnej w Europie ja jestem 6ty i czasu jest coraz mniej, a zabiegi takie, że się udają, robią tylko w Holandii. Tak przynajmniej wynika z moich informacji). Jeśli źli ludzie z Warszawy go zablokują, po raz 4 ty i odeślą do wioski Smerfów,  to tym razem bajka się skończy.  Źli ludzie z Warszawy, którzy mają moc, żeby wysłać Gargamela za granice żeby miał szanse na wyleczenie, lub choćby porządne przebadanie, już trzy razy z kwitkiem odesłali go do wioski Smerfów.  Tajemna wiedza smurphna wiedza się zaś kończy podobnie jak Gargamelowa wytrzymałość i kolejne mikstury z dializatora i kroplówek mogą nie już na następny raz nie wystarczyć.

(PS. U dorosłych z brakiem żyły wrotnej objawy śpiączki amoniakowej się nasilają i w końcu uszkodzenia mózgu są nieodwracalne. Pisząc to ja już mam pewne ubytki w stosunku do pierwszych objawów 4lata temu. W klinice transplantologii na Banacha uznano, że za granicę nie ma sensu, a wątrobę mam dobrą i nic się nie da zrobić. Dziwne, bo artykuł jest do wydrukowania w sieci i każdy go może znaleźć jeśli poszuka, a i w teczce z dokumentami z Krakowa 4lata temu był. Zagranica chce gadać z Warszawą zaś Warszawa żadną zagranicą nie chcą gadać. Zostawiając to mnie i mojej mamie i tacie).

(PS.1 Rysunków nie będzie. Za dużo nerwów zjadłem jak mi opowiedzieli, co się działo. Ja umieram, ale jaja, w tym wieku.)

Wybory- dla czego stał się jak się stało.

    Ja wybory przesiedziałem na oiomie na Kopernika 15 już drugie wybory na oiomie w moim, życiu. Natomiast sporo gadałem, o tym co mnie się dzieje. Ze znajomymi którzy mnie odwiedzali i poniżej kilka spostrzeżeń.

    Wygrał PIS. Teraz są wielkie analizy różnych, „ekspertów” i każdy w zależności od swoich poglądów partyjnych i tego od kogo dostaje kasę, lub z kim pije wódkę, pisze inne bzdury. Moim zdaniem są dwie rzeczy dwie składowe. Kopacz traci kontakt z rzeczywistością twierdząc, że goni PIS. Nawet ja pamiętam sondaże to PIS miał gonić PO.Swoją drogą kto takie bzdurne sondaże robi. Prawda jest inna. Po 7 latach to elektorat, się wkurwił bo jest dymany.

pis po 2

   Jeśli Kaczyński to rozegra dobrze, to wygra parlament i stworzy koalicje z…. PSL:).  Po pierwsze wyrzucił Hofmana i lepiej dla niego żeby Hofman i jego koledzy wraz z ich rozwydrzonymi żonami popadli w niebyt. Tj, żeby jak już ich, wywala to, żeby nie próbował przyjąć jak Kurskiego. Już drugi raz zresztą z powrotem. adam hofman Towarzystwu w tym „ale mi się fajnie jechało Jackowi Kurskiemu” trzeba przykręcić śrubę. Pokazać, że ma się inne standardy. Po drugie należy pamiętać, że młodzi są wkurwieni stagnacją aferami i łamaniem wszystkich obietnic wyborczych plus gnojem w edukacji i służbie zdrowia.

Po prostu się wkurwili i poszli głosować na zasadzie. No to teraz wam zrobimy piekło jak wy tu nam. Na złość. Dla młodych dalej „premierem” jest Donald, który nie dość, że ich olał, okradł i zwiał, rządzi z tylnego fotela i jest na garnuszku u Angeli. pis po 3

Więc poszli głosować na Jarka jak wy nam tak to my wam tak. Jeszcze cała akcja komisji pachnie szwindlem bo wszystko co mogło się wywalić to się wywaliło. Kto tych leśnych dziadków zatrudniał?! To jest normalnie jak u Patryka Vegi w służbach specjalnych. Jak przez 7 lat się zbudowało się tylko trochę dróg i kilka większych lub mniejszych boisk do gały. No to  lud się burzy, bo widzi, że na ogarniętym kryzysem zachodzie jest dalej lepiej. Na naszej, ogarniętej propagandą sukcesu, zielonej wyspie, zamyka się szkoły, chce likwidować domy kultury, a w kolejkach do lekarza ludzie umierają. To coś tu jest nie tak. 7 lat i tylko boiska do gały, drogi w dodatku na przekrętach i płatne. Tępi się polską przedsiębiorczość, kosztem zagraniczniaków, którzy mają zwolnienia z podatków od wszystkiego. ZUS i Skarbówka traktuje każdego, jak przestępcę zamiast pomagać, no to są efekty. Lud swoją mądrość ma i robi na złość, jak najbardziej może. Niestety takie są fakty.

PS. Czemu SLD zanotował wynik taki jaki zanotował? Zrobił NFZ. i wtłoczył w ten gnój starzejący się swój elektorat. Jakby ci ludzie dostali opiekę, a nie eutanazję. Dziś jeszcze by na niego dobrze utrzymany beton głosował, a tak coraz więcej kolegów Millera jest już pod ziemią, a Miller traci grunt pod nogami.

Mały bohater

   adas grzybek

    Znowu mi się przydarzyły kłopoty, ale teraz będzie lepiej. Dietetyk w drodze z pomocą nigdy już śpiączki amoniakowej. Mam taką nadzieję. Mam za to kumpla ze szpitala i jego sylwetkę chciałem wam troszkę przybliżyć. Dlaczego? Ano dlatego, że jak on może, to ja też i dla mnie jest małym bohaterem (małym z powodu wzrostuJ). Poznałem Adama na Sali na neurologii. Ja na wózku wtedy z polineuropatią CDI, Adam zaś o kijkach do nornic walking, bo kule mu nie pasowały. Adam wyczaił Ośrodek Chorób Rzadkich, do którego się zgłosił i dostał się tu do nas, do Krakowa. Adaś jest radosny, pozytywnie nastawiony, choć jego choroba postępuje i chodzi o tyczkach. Znosi to dzielnie i z godnością. Adam miał zostać księdzem, ale poznał Rosjankę, w której się zakochał. W ten sposób stan duchowny stracił, a zyskało społeczeństwo J. Obecnie Adaś pracuje jako informatyk, ma kochającą żonę i małą córeczkę Wiktorię. Tym, że co rano wstaje bez narzekania i idzie do roboty, i cieszy się życiem, bliskimi i że umiał sobie pomimo niedogodności losu przygruchać kobietę i mieć dziecko, mi MEGA imponuje. Jedyną wadą Adama jest nieśmiałość i do tej pory nie wiem, jak on to zrobił, że ma żonę, ale widać kiedy trzeba było przełamał się. Adam jest też wzorowym ojcem, może i powłóczy nogami idąc o kijkach, ale dla swojej córeczki zrobiłby wszystko i robi. Kiedy był w szpitalu rozmawiał na wpół z żoną, a potem z córeczką codziennie. W telefonie nosi zdjęcia bliskich i nawet ulubione bajki córeczki. Adaś się uśmiechał nawet jak żartowałem, że wdzieje mundur, jak już Ruskie przejdą przez Bug i nas nakryją czapkami, a jego żona na pewno jest szpiegiem. Taki już jest Adam, nie obraża się. Nawet za ciężkie żarty. Kocha żonę i dziecko. I zasuwa normalnie do roboty, choć adrenoleukodystrofia (to choroba Adama) postępuje. Jest małym bohaterem. Ja też bym tak chciał – może się uda. Tak normalnie, a jednocześnie wielce.

adas grzybek2

Mam apkę do bloga:)

Hej właśnie siedzę na dializie i testuję nową apkę do blokowania z blog.pl puki co wszystko ok łatwe przejrzyste a to dla mnie tu klikajacego jedną łapką (druga pdkuta)  bardzo ważne. Zmieniłem też piętro i sale dializ :) ludzie są ok. Dzisiaj zabiera mnie mama więc będę szybciej w domu i jeszcze o frytasy na Kazimierzu zahaczymy :) ma być fajny piątek. A to dzięki mojemu coach Tymkowi Tobale i temu, że wytłumaczył mi kilka rzeczy.  Jest naprawdę dobry w tym co robi.

image

Na szybkości przed dializą

DSC_0073Dawno mnie tu nie było dawno nie piałem, bo i czas i okoliczności były nie po temu. Ale jak to się mówi od początku… Jak już wielokrotnie wspominałem, moje życie nie może być normalne, no bo czemu by miało być? W sumie nie ma na to żadnego dobrego usprawiedliwienia ani przyczyny żeby było nudno zwyczajnie i z normalnymi problemami z cyklu; zły szef, pies się zlał w salonie, brak chleba w sklepie czy coś w ten deseń. Ponieważ u mnie jest tak ciekawie, że aż nie ciekawie to mi po nerkach, które padły w wyniku autoagresji zaczęły padać też nerwy obwodowe. Żeby było śmieszniej z tego samego powodu co nerki. Mój organizm nie lubi siebie i się atakuje. Prawdopodobieństwo żeby tyle gówna nagromadzić w sobie do 29tego roku życia jest równe chyba dwóm 6tkom w totka pod rząd. Problem jest tylko jeden, żadnej 6tki nigdy nie wygrałem, żeby choć troszkę było lżej (wiadomo kasa szczęścia nie daje, ale najlepiej to samemu sprawdzić zwłaszcza w okienku apteki:) ).

Krótko mówiąc w niespełna 5 miesięcy po odstawieniu leczenia immunosupresyjnego na nerki (no bo nerki padły i na dializach mi nie potrzeba- logiczne) ścięło mnie z nóg do poziomu jazdy na wózku inwalidzkim. Nawet pod prysznic i do kibla. Potem 3 tygodnie leżenia na neurologii gdzie klimat jest boski i póki co jakoś chodzę. Choć ze schodami i spacerami dłuższymi niż 100m jest ciężko, a zastane przez ten czas mięśnie co i rusz dają nowe kontuzje. Pszczoły mód dały i padają bo są porażone insektami więc na wiosnę muszę kupić pewnie nowe bo te nie przeżyją tak się zapowiada. Miodu też było jak na lekarstwo. Troszkę mnie to wszystko przybiło zwłaszcza, że znów jestem tylko rencie bez pracy. Tu nawet nie idzie o kasę ile o to, żeby coś robić i nie demoralizować się siedzeniem w domu. Piszę bo muszę sobie wszystko poukładać na nowo po raz kolejny. Mam cichy plan żeby moje nienormalne życie w swoim wynaturzeniu stało się jakieś takie pełne namiastek zwyczajności, a czy mi wyjdzie?… Cóż czas i los pokaże ja się jeszcze nie poddałem i póki chodzę to się nie poddam.

Już niedługo kolejna dawka emocji i wesołych opowieści z krainy CMUJ.

O spastyce, o helikopterach i domniemanej wódce i innych ciekwaych ciekawościach… :)

Nowy rok- nie pijesz przeżyjesz :)

  
    Koniec roku już tuż tuż. Wszyscy zabirarają się za jakies podsumowania, bilanse postanowienia z których i tak gówno będzie. Ci bardziej szczerzy (wobec siebie) mówia jasno: ” pierdole to wszystko” i mają rację. Ogólnie jest młyn część naszych rodaków kończy ostatnie przygotowania do balu sylwestrowego, część zaś co najmniej od dzisiaj jest gruntownie nachlana lub zrobiona w jakikolwiek inny sposób. Jest oczywiście też pewna wąska niszowa grupka (tak wąska i tak niszowa, że oprócz mainstreemu neguje nawet samych siebie, bo a nóż okaże się, że negowanie mainstreemu jest mainstreemowe samo w sobie), która śmiało twierdzi, że „jebie mnie sylwester, siedzę w domu i idę spać o 22:00″. Można być takim zjebem tylko po co ?!
   Ja w tym roku, po kilkuletniej przerwie, kupiłem sobie, pomimo drwin moich znajomych; zimne ognie, petardy i race. A co?! Jak się bawić, to się bawić. Kilka sztuk zdążyłem już odpalić w ogródku w celu testu i wiem, że jest dobrze- jutro idę po więcej!
   Oprócz tych wszystkich rzeczy jak kupno kreacji, %, dragów, żarcia, fajerwerków itd. ludzie idą też do salonów piękności, fryzjera, kosmetyczki lub solarium po to żeby wyglądać zajebiście na sylwestra. Jednym słowem szał noworoczny jak zwykle.
   Poza tym każdy kto może pisze rady i porady w necie i gazecie, jak przygotować lub urządzić dobrą imprezę, w co się ubrać itd. poza mniej lub bardziej sensownymi poradami są wspomniane już słynne podsumowania i równie sławne co z dupy wzięte wróżby. Jeśli idzie o te ostatnie to końców świata przeżyłem już co najmniej 10 i jedyne prawdziwe to te, które zafundowali mi moi znajomi. Ponieważ pomimo faktu, że nie pije z wiadomych względów, troszkę się znam na imprezowaniu postanowiłem dać wam na ten nowy rok troszkę rad jak imprezę przeżyć będąc niepijącym. To żaden wielki poradnik, a zasady są proste:
PARKOWANIE I DOJAZD: Nie masz auta, prawka itd. sprawa prosta. Jeśli jednak masz to: Nie pijesz więc czemu byś miał sobie nie pojechać autem. To daje swobodę zwinięcia się kiedy się chce i nikt nie będzie ci wyrywał telefonu z hasłem „co będziesz dzwonił kurwa na taryfę- baw się nie pierdol!” Sylwester jest szczególny- zaparkuj tak żeby nigdzie w mieszkaniu nad chodnikiem na, którym stoisz nie zaczynała się impreza. Unikniesz niespodzianek typu doniczka, butelka lub nawet ktoś lub coś żywego rozjebanego o twoje auto. Pamiętaj każda impra zaczyna się spokojnie. Najlepsza na jakiej byłem pochłonęła; 4 auta, całe szkło i wszystkie meble, a tv wyleciał przez okno.
MOJE AUTO MOJE ZASADY:  Bądź pewien, że jak będziesz się zbierał nagle ustawi się kolejka chętnych „przyjaciół” na podwózkę. Nie daj się wykorzystywać weź tylko tych, którzy są coś warci laski co obiecują złote góry, że jak to nie będą wdzięczne spław od razu podobnie jak „kierowników pociągu”, którzy decydują o tobie i trasie twojego przejazdu za ciebie. Spławić należy też „speców od logistyki” co to do 5 osobowego auta chcą ładować po 10 osób i twierdzą, że bagażnik jest ok dla ludzi, a policja na stówę nas nie złapie. Złapie! To raz, dwa na mandat nikt się nie zrzuci i na kurs na nowe prawko też nie. Wszelkie próby nacisku kwituje się krótkim „nie” lub „spierdalać, to moje auto”. Jutro i tak nie będą pamiętać lub uświadomią sobie, że źle robili naciskając. Krótko bierzemy tylko swoich ziomków i ew. kogoś nieszkodliwego kto ma po drodze lub rzuci na paliwo.
1SZE OSTRZEŻENIE : Jak spod ziemi zawsze wyrasta jakiś „pan polewaczka”, który stara się nauczyć wszystkich opornych użycia czasownika zwrotnego „napić się” przez wszystkie znane w naszym języku tryby i nie tylko; napijesz się?, napij się!, napiłbyś się, cooo?! nie napijesz się?!?, ze mną się nie napijesz!?! Odmów kulturalnie i stanowczo- NIE! „Pana polewaczki” i wszelkich „mieszających” unikamy jak ognia. Oni tego dnia UMRĄ i jeszcze pewnie obrzygają siebie i oby tylko siebie.
2GIE OSTRZEŻENIE I CZYNY: Presja jest duża, a „pan polewaczka” natrętny wtedy się mówi jeszcze raz „NIE!”. Jak brak rezultatu idzie się do gospodarza i załatwia sprawę, jak nie to cóż… każdemu przydarzają się wypadki zwłaszcza pijanym :) A to się zatrzasną gdzieś, a to zderzą z czymś wybór jest duży:).
PODKŁADA MI SIĘ PANNA: Są dwie opcje jak jest lekko na rauszu to bierzmy to za dobrą monetę dziewczyna się odważyła dajmy jej szanse jednocześnie pilnując żeby się nie zalała w trupa- to utrudnia komunikację itd. Jest zajebana i ledwo stoi… naprawdę nie stać cię żeby wyrwać coś trzeźwego na trzeźwo masz aż tak niską samoocenę i jesteś aż tak marny ?!
ZABAWA Z PODOBNYMI SOBIE: Szukaj ludzi podobnych sobie. Nie! Nie ląduj na imprezie oazowej gdzie nikt nie pije a o północy zamiast życzeń wszyscy przekazują sobie znak pokoju na jakiejś mszy czy innym patologicznym widowisku. Sylwester jest po to żeby się bawić baw się za to z ludźmi co piją tyle żeby się bawić zamiast z chlorami lub dewotami. Ludzie po kielonku czy dwóch są luźni i spoko po 0,7l na głowę są luźni bo stracili przytomność lub właśnie lecą przez ręce.
3/4 I TAK NIKT NIE BĘDZIE PAMIĘTAŁ: „Bo jak odmówię wódki czy podwózki czy czegoś to się poobrażają na mnie”. Taki chuj! Obrażą się alkocholowo czyli na max godzinkę lub do wytrzeźwienia, a części to i tak trzeba będzie powiedzieć, że się obrazili bo za nic nie będą pamiętać nazajutrz. Pamiętaj miej zasady takich ludzi się szanuje- asertywnych i z zasadami.
DYSTANS DYSTANS I JESZCZE RAZ DYSTANS: Miej dystans do siebie, zachowaj dystans do największych chlorów i podchodź z dystansem do życia, a impreza się uda nawet jak nie pijesz.
Szczęśliwego nowego roku !!!

Eko-portfel aktywisty

   Byłem dziś wreszcie u Damiana mojego wesołego ziomka, który jest afrykańskim striptizerem i przy tym megasympatycznym gościem. Pyknąłem mu fotki jakiegoś autka, które mył żeby ładnie wyglądało przed wystawieniem do sprzedania. Nie było kosmetyków do skóry wiec fotele nabłyszczyliśmy odrobiną oleju rzepakowego mam nadzieje, że przyszły nabywca tego furacza z zieloną skórzaną tapicerką się nie obrazi. Po wszytkiemu Damian zrobił dla mnie obiecany wcześniej tutorial pt. „Jak zrobić eko-portfel z tetrapacka po soku”. Wzięliśmy duży 2l sok, ale można też z mniejszych i wzięliśmy się do dzieła tzn ja do focenia a Damian za pokaz. Zabrakło tylko taśmy klejącej na obramówki, ale ona jet opcjonalna tak tak oklejanie portfela w celu zastąpienia się logo producenta który wytworzył sok czymś innym i w naszym klimacie.
Resztę krok po kroku macie poniżej.
EKO-PORTFEL DOBRY NA CZASY KRYZYSU;
Po lewej osobisty portfel Damiana czyli efekt jaki chcemy uzyskać z tego dużego tetrapacka.
 Co potrzeba do stworzenia wersji minimum Bez obramówki i dodatkowych upiększeń.
 1. Odkęcamy nakrętkę z tetrapacka i zgniatamy go tak aby uszło całe powietrze.
 2. Odcinamy zbędną końcówkę nożyczkami.
 3. Płuczmy tetrapack z resztek soku.
 4. Wycieramy tetrapack od środka do sucha.
 5. Wycinamy zbędny bok kartonika po soku jak na poniższych 3 fotach.
6. Zaginamy pozostały boczek. On posłuży nam za zamknięcie.
 7. Wycinamy ciasne foremne półkole na końcu zamknięcia. To będzie element mechanizmu  zapinającego nasz portfel.
 8. Dopasowujemy wycięcie do gwinta od zakrętki. Ta siedzieć ciasno żeby się po zamknięciu nie otworzyć.
 9. Zakręcamy zakrętkę żeby sprawdzić czy działa i jeśli tak to w zasadzie portfel gotowy.
 Sam portfel jest praktyczny i dość wytrzymały. Tak jak tetrapack, którego używa się do jego produkcji. Potem można go wzmocnić na brzegach kolorową taśmą izolacyjną i okleić czym się chce żeby był ładny i w pożądanej przez właściciela estetyce. My na potrzeby tutorialu zrobiliśmy tylko taką wersję podstawową, która pasuje do kieszeni od szturmówek.