Archiwa kategorii: podróże małe i duże

Wszycy jarają się Ukrainą, a w moim akwarium dyskoteka. Czyli co to będzie w tej wawie w kolejnej klinice.

    Strasznie się zapuściłem z pisaniem przez ostatnie miesiące. Po 2!! posty w miesiącu, ale może w lutym się uda poprawić. W końcu tematów mi trochę przybędzie, bo w przeciwieństwie do całej naszej jakiejś „ELYTY” czy to rządzącej czy wszelkiej innej, ja jaram się czymś innym. W swoim świecie jestem celebrytą i tak też o sobie myślę, a czym się jaram? Ano tym się jaram, że zadzwonili do mnie jakiś czas temu z Kliniki Immunologii, Transplantologii i Chorób Wewnętrznych w Szpitalu Dzieciątka Jezus. Co to oznacza? 
   1. nowe przygody na warszawskim gruncie oraz szereg niedogodności takich jak proces karmienia. Jakbym i tak z niewiadomych przyczyn nie rzygał ostatnio po niemal wszystkim co zjem. „Lepiej nakarmią cię w chujowym lokalu niż polskim szpitalu”. 
   2. Zadzwonili specjalnie do mnie jak do gwiazdy i powiedzieli, że w niedziele żebym sobie swobodnie o dogodnej godzinie przyjechał i co mam wziąć. Pani dr powiedziała też, że będzie konsylium samych profesorów i będą radzić. Taki jestem niezwykły k…. jego mać! :) O ile mnie nie wykończą, nie złapię grzyba, kolejnej sepsy (jedną mi już w Krakowie nomen omen na zakaźnym zafundowali) i cholera wie czego jeszcze, może podkreślam może powiedzą mi coś co mnie wreszcie ucieszy. Tak więc jadę zimą, polską koleją, do polskiego szpitala. Kumulacja jak w totka tylko zwrot przeciwny :). Jedyne co poza tym mnie martwi to wymiana świetlówki w akwarium bo jedna się spaliła i mam cały czas dyskotekę, że aż padaczki można się nabawić, a nie gendery czy cholerna Ukraina. Oni tam mają dobre tradycje w zabijaniu więc po co im przeszkadzać zwłaszcza kiedy tłuką się sami ze sobą. Może jeszcze gołe babsztyle z femenu pogonią gdzieś po śniegu i będzie wesoło.  W końcu te ostatnie też z Ukrainy do tego rozbierać się lubią i to zwykle nie proszone:).

Kiedy chory choruje

   To, że z chorym choruje cały dom to żadna nowina. Rodziny i bliscy chorych dzielą się w naszym społeczeństwie na dwa rodzaje. Te co chorują z chorym i te co tego nie robią. Ci pierwsi zajmują się chorym opiekują i przeżywają bardzo jego chorobę, wszelkie spadki formy itd. ale też niesamowicie cieszą się z każdych nawet najmniejszych jego sukcesów. Wtedy choroba oddziałuje na chorego oraz na jego rodzinę. W takim przypadku mówi się że rodzina też choruje. Drugi przypadek kiedy rodzina nie choruje z chorym. Jak już się pewnie domyślacie dzieje się tak wtedy, kiedy rodzina i bliscy mają chorego w dupie i zostawiają go samemu sobie. Np. podrzucają do szpitala przed świętami, bo źle się komponuje z choinką itd.. Czemu to piszę? Żeby pokazać wam jak wielki wkład w moje życie ma moja rodzina, która choruje ze mną. Oni np częściej się martwią o mnie niż ja sam.

   Choroba przewlekła ma zwykle to do siebie, że ma nawroty i remisje. W przypadku autoagresji nawrót może spowodować nawet najgłupsza rzecz np. skaleczenie, które się marze lub zwykłe przeziębienie. Im gorzej z tobą tym większy strach, twój jak i twoich bliskich, że się wróci po czymś takim choroba. Ja np. ostatnio miałem grypę na wyniki krwi po pięciu dniach infekcji wirusowej nawet nie chce patrzeć. Chorobę chory musi odchorować. Kończy się infekcja trzeba wrócić do stabilności, a to bywa bardzo ciężkie. Ja już tydzień wracam. Tym razem wiem, że mi się uda jak za każdym poprzednim razem się udawało. Moi bliscy też wiedzą, że tak będzie, ale odchorować-podenerwować się trzeba. Emocji się nie pokona i nie oszuka.

Jak nie spotkałem Ojca Mateusza

                                                         Ponieważ bardzo lubię ciężką pracę pod warunkiem, że obserwuję
ją z bezpiecznej odległości oraz bardzo lubię polską tradycyjną wieś, więc pojechałem znowu odwiedzić swoją rodzinę pod Pińczowem. Tam jest wszystko co potrzeba do relaksu, spokój, czyste powietrze, ładne widoki na dolinę Nidy i dobre naturalne zdrowe jedzonko, którego wziąłem jak zwykle troszkę do domu. Ten post będzie jednak o czymś zupełnie innym bo otóż każdy wie, że świętokrzyskie choć małe i biedne to piękne. Czyste tereny najstarsze góry w Polsce i masa ciekawych miejsc wartych zobaczenia. Więc i ja postanowiłem odkrywać uroki świętokrzyskiego. W tym celu zwerbowałem swoje kuzynostwo i męża jednej z kuzynek. W takim składzie wsiedliśmy w moją świeżo nabytą niebieską „szczałe” i pojechaliśmy najpierw do Opatowa, a potem odważnie i bez lęku w samą paszczę lwa do miasta kryminalistów i złoczyńców wszelkiej maści- SANDOMIERZA. O ile opatów może kiedyś był ładny i bogaty o czym świadczą chociażby bogate nagrobki jego właścicieli z XVI w. znajdujące się w miejscowej kolegiacie, o tyle dziś poza bramą miejską, trasą podziemną, ratuszem do którego nie można wejść, klasztorem i ową kolegiatą nic tam nie ma. Cały opatów można zwiedzić w pół godziny nie licząc trasy podziemnej. Więc po półgodzinie zabraliśmy się z Opatowa do Sandomierza. Po

krótkiej i przyjemnej podróży miedzy kilometrami sadów zaparkowaliśmy pod bramą miejską skąd ruszyliśmy na poszukiwania Ojca Mateusza. Czemu go szukaliśmy? To proste, co tydzień w Sandomierzu ktoś ginie jest zgwałcony pobity porwany lub ściąga się z niego haracz, a o tym co przytrafia się turystom to aż strach mówić, wtedy jedynym człowiekiem, który może złapać przestępcę i uratować ofiarę jest miejscowy proboszcz Ojciec Mateusz. Spyta ktoś co wtedy robi policja? Policja robi co może, ale pracują tam głupki o specjalnych cechach dodatkowych; jeden rudy, drugi gruby, do tego wsiowy głupek i blondynka, a komendant niewiele odbiega intelektem od podwładnych. Właśnie dla tego kuria, w trosce o dobro sandomierzan, silnie angażuje się w walkę z lokalną przestępczością i w tym celu trzyma tam jako proboszcza słynnego detektywa Ojca Mateusza, któremu sam biskup pomaga w najtrudniejszych sprawach.


   Wróćmy jednak do wycieczki głodni postanowiliśmy się zadekować (obowiązkowo plecami do ściany) pod barem z zapiekankami i tam zjeść po jednej sandomierskiej zapiekance po czym ruszyliśmy dalej. Pełni strachu i
obaw o własne życie i skromny dobytek pytaliśmy wszędzie o Ojca Mateusza. Kazano nam iść do podziemi bo ponoć tam go widziano, ale nic z tego tam był jedynie duch niejakiej Haliny Kępianki. Więc za radą Haliny uderzyliśmy na zamek tam jednak też już Ojca nie było.
    Na zamku powiedziano nam żebyśmy ruszyli w stronę katedry i domu długosza. W katedrze rzeczywiście był ksiądz i mszę odprawiał, ale nie był to w żaden sposób Ojciec Mateusz. Szybko więc ruszyliśmy w stronę Collegium Gostonianum po drodze jakiś miejscowy gawędziarz, co to jak sam mówił miał kiedyś w Krakowie „bar na kalwaryjskiej i dwie kurwy na stanie” powiedział nam, że może Ojciec ma dziś patrol na starówce. Więc szybko, bo już zmierzchało, udaliśmy się na starówkę, na rynek tam jednak były tylko kramy z krzemieniem pasiastym, bo akurat odbywał się w Sandomierzu festiwal tegoż kamienia wydobywanego w pobliskich krzemionkach. Zmęczeni poszukiwaniami Ojca Mateusza wystraszeni zapadającym zmrokiem nie zobaczywszy niczego, udaliśmy się na ciepłe gofry i herbatę do jednej z kawiarenek nieopodal rynku. Ojciec Mateusz był nie uchwytny. Wyprzedał nas jakby o krok może chciał złapać tego wandala  co pobazgrał okno życia znajdujące się nieopodal bramy miejskiej, a może obstawiał naszą wycieczkę i dzięki temu żadnemu z nas jak tam byliśmy nic się złego nie stało. Jedno jest pewne jego ducha dało się odczuć, był wszechobecny jakby otaczał nas swoją kapłańską dobrocią i troską.
Gdzie wtedy był Ojciec Mateusz podczas kiedy my czuliśmy jego dobrego ducha czuwającego nad nami? Kto to może wiedzieć chyba tylko sam Ojciec i biskup sandomierski, a poza nimi jedynie Bóg.

    My gdy spostrzegliśmy, że słońce zaszło raz, dwa dokończyliśmy gofry i  ruszyliśmy biegiem do samochodu, żeby nic złego nas w tak strasznym i pełnym przestępców mieście jakim jest Sandomierz, nie spotkało. Gdy już gdy minęliśmy tablice z napisem Sandomierz odetchnęliśmy z ulgą i dumni z naszej odwagi ruszyliśmy moją niebieską „szczałą” do domu. Takie przygody człowiek ma w „Krainie Scyzoryków” w najbardziej skażonym przestępczością mieście w Polsce jakim jest SANDOMIERZ.

Ze strachu zapomniałem nawet jabłek kupić :) .

Najlepsze wspomnienia dla każdego…

    Zawsze kiedy wyjeżdżam „na wieś” do mojej rodziny. Wracam wspomnieniami do mojego beztroskiego dzieciństwa.
Wtedy jeszcze potrafiłem przyłożyć równolatkom na wsi, a ogniska sprowadzały się do pieczenia tego co każdy przyniósł z pola. Ziemniaki jeden zagonek, cebula do szaszłyków inny, jabłka ten sad, gruszki kolejny itd. 
Było pięknie, było wesoło. Wieczorem na górze przed domem paliło się ognisko.  
W dzień biegało i łapało kury, kaczki, liczyło zęby krowie lub próbowało jeździć na świni. Byłem wtedy zdrowy wesoły i „najsilniejszy” bo podnosiłem aż całego pustaka.  Dziewczyny nie były obiektem westchnień, ale co najwyżej dokuczania lub ciągnięcia za włosy. 



Wszystko intensywnie pachniało świeżością i zdrowiem a jedyny problem polegał na tym by nie podchodzić do tego jednego groźnego psa żeby cię nie ugryzł.

Teraz gdy to piszę to już tylko mgliste wspomnienie. Jedynie zapach ten sam z dzieciństwa świeżych wiejskich warzyw, które stoją teraz w kuchni i z których przyrządzę dziś obiad przypomina mi o tym co było i już nie wróci bo nic nigdy nie trwa wiecznie ani to dobre ani to złe.

Najważniejsze po latach to zachować jak najwięcej i jak najlepszych wspomnień. Na tym polega życie, na kolekcjonowaniu wspaniałych wspomnień im ich więcej tym życie pełniejsze, piękniejsze…