Archiwa kategorii: porady małe i duże

Nekrocelebryta czyli śmierć w tv.

Ostatnio miałem przyjemność poznać ks. Jana Kaczkowskiego. Dla tych co nie kojarzą- to nasz polski dyżurny „nekrocelebryta” jak sam o sobie mówi. Bycie nekrocelebrytą jest fajne i nie. DSC_0496

Może najpierw zacznę od tego „nie”. Nie- dla tego, że po pierwsze zazwyczaj chujowo się czujesz. Masz masę różnych dolegliwości, które wkurwiają, upadlają i sprawiają, że wyglądasz często niewyjściowo. Krótko mówiąc po woli lub całkiem szybko umierasz. Zwykle przed czasem, a śmierć nie jest ani przyjemna ani piękna. Mało komu udaje się pięknie umrzeć. A teraz dla czego fajnie być nekrocelebrytą; pokazują cię w tv i masz z tego tytułu fejm i kasę. Często owa kasa leci na twoje pixy i wszelkie zabiegi leczniczo-rehabilitacyjne. Czasem da się uciec chorobie, na zawsze lub na jakiś dłuższy czy krótszy czas ją wykiwać. Do tego choroba zmienia bardzo często ludzie, którzy byli nekrocelebrytami są wrażliwsi zakładają fundacje itd., patrz Jerzy Shtur, Kapsyda Kobro. Życie z chorobą jest zupełnie inne, życie ze świadomością końca jest zupełnie abstrakcyjne, a życie po chorobie już nigdy nie jest takie samo. Człowiek, który otarł się o śmierć wstaje co dzień i cieszy się, że jest ok i jednocześnie boi troszkę czy to co go żarło i niszczyło nie wróci. Docenia się każdy dzień, każdą chwilę. Ma się większą empatię i chęć pomagania i ulepszania i naprawiania świata.

Wróćmy do księdza Jana fajny chłop. Jak nie ksiądz. Nie wiem czy zawsze taki był, czy to choroba w nim wyostrzyła pewne cechy i postawy. Nie miej jednak rozmawia się z nim jak… z kimś kto cię rozumie. Z kimś kto przeszedł przez piekło i nic go nie dziwi, więc potrafi ci jasno i dokładnie powiedzieć i doradzić co i jak. Robi to w sposób przystępny, językiem prostym bez zbędnego patosu i puszenia się, jak równy z równym. Masz i nie masz wrażenia, że rozmawiasz z księdzem. Ks. Jan jest charyzmatyczny i jednocześnie otwarty przyjazny oraz jakby bardziej uduchowiony, bo raz, że ksiądz dwa, że już jakby częściowo przez doświadczenie choroby, bliżej boga i trochę transcendetny między tu a tam.

Olkowi Odwagi! Z Błogosławieństwem.

Olkowi Odwagi!
Z Błogosławieństwem.

Ja dostałem od ks. Jana jeszcze kilka cennych uwag, które jednak zachowam na razie dla siebie i wcielę je w życie jak przyjdzie pora. Dostałem też książkę z dedykacją. Książkę warto nabyć i przeczytać. Jest krótka i wiele wnosi nawet dla takiego ateusza jak ja.

Ps. Gdyby polska służba zdrowia działała jak należy. I była finansowana jak należy, zamiast być patologiczna i chronicznie na debecie, jak każda dziedzina życia publicznego w tym kraju i wszystko czego dotknie się rząd, każdy polski rząd. Nie było by nekrocelebrytów…

Kilka powodów dla których warto obchodzić święta.

Dziś napiszę coś bez ciśnień i w dodatku moim skromnym zdaniem istotnego.

DSC_0392

Ostatnio była Wielkanoc wiecie koniec wielkiego postu od nowa można pić, ćpać, uprawiać sex zbiorowy… itd. Mnie wielki post osobiście nie rusza, a niedziele przez dłuższy czas swojego życia odróżniałem od innych dni tygodnia po tym, że autobusy rzadziej kursowały. Obecnie nie jeżdżę autobusem to nie na moje siły (piszę to całkiem poważnie). Niedzielę zaś odróżniam po tym, że rano mam dodatkową dializę.

Po co ja to piszę?? Ano po to żebyście wiedzieli, że jako stary ateusz mam generalnie naukę kościoła i jakieś takie duchowe sprawy w głębokim poważaniu. Zacząłem się nawet martwić o moją sis, kiedy mi oznajmiła, że w niedzielę zaczęła chodzić na powrót do kościoła. Piszę to też po to żeby uzmysłowić tym, którzy to czytają, jak ważne jest obchodzenie świąt. Nie mówię tu o czasie wolnym i o tym, że fajnie go spędzać z rodziną i że super są przygotowania i potem próby przeżarcia tego niezdrowego kalorycznego badziewia. Bo z rodziną często fajnie tylko na zdjęciu, a przygotowań nikt nie doceni, zaś żarcie bez umiaru i takich rzeczy, jakie nam serwują na święta może i z reguły, poważnie szkodzi. Chodzi o inny aspekt świąt- to nasza kultura i tradycja.

kartka wielkanocna11

Ja wiem i rozumiem, że w dobie różnych ryżych, pedalskich i laickich uniesień masa ludzi jedzie sobie w pizdu gdzieś za granicę lub do hotelu i spa i pierdoli. Jeśli jednak wszyscy będziemy mieli wyjebane na święta, niezależnie czy wierzymy w cieślę z Galilei czy nie, to skończymy marnie. Piszę/ mówię to ja ateusz jakich mało, w którym nawet choroba wiary nie wzbudziła. Wolicie pod batem w ściśle określony przez jakiego kalifa czy innego syfa- kozojebce sposób obchodzić ramadan i liczyć lata od ucieczki proroka z Mekki do Medyny? A może fajnie jest uważać, że pochodzimy od kosmitów, a dinozaury są zakopane w ziemi dla zmyłki?

kartałka 2

Ja pomimo mojego olewającego stosunku do wiary i dość krytycznego spojrzenia na kler. Uważam, że chrześcijaństwo jest całkiem fajną religią, która się już wyszalała i teraz realizuje swoje pierwotne założenia. Założenia ma zaś całkiem dobre, bo co może być złego w szanowaniu swoich starych, lub tym żeby nie kraść (żeby tak nasi wierzący- tylko wierzący żadni inni- politycy realizowali to przykazanie…), albo z innej beczki, żeby nie żreć i nie chlać ponad miarę. Przecież to wyjątkowo dobre i zdrowe założenia. 10 przykazań jest ok, jak ktoś nie wierzy to niech pokmini, że wymyślili je Żydzi, najbardziej przebiegła i zaradna nacja na świecie. I to dla siebie je wykombinowali. Dopiero Paweł z Tarsu podał przykazania dalej.

Kolejnym powodem, dla którego fajnie jest świętować jest, to że mamy mieszane fajne pogańsko chrześcijańskie zwyczaje i obrzędy. A w każdym kraju, pomimo globalizacji i starań przemysłu reklamowego rodem z USA, te obrzędy są inne. Ja np. bardzo lubię znicze na Wszystkich Świętych, Lany Poniedziałek. Lubię też wtorek po Wielkanocy w Krakowie, bo wtedy jest Rękawka i można coś fajnego zjeść i obejrzeć jak się kilkudziesięciu chłopa tłucze po głowach w strojach z epoki. Dzieciaki też mają radochę, bo starzy kupują im drewniane miecze, hełmy, tarcze itd. i jest czym przypierdolić koledze.

kartałka1

Ja też siałem jako mały gnojek zniszczenie plastikową szablą zwłaszcza w okolicach karnawału przebrany za Pana Michała. Dziś patrzę jak moje pokolenie robi to samo co moi rodzice, czyli kupuje miecze, pistolety, balony i watę cukrową dla swoich, siejących strach i zniszczenie w okolicy, pociech przekazując im tradycję. Opowiadają im anegdotki o tym jak oni byli mali- mniej lub bardziej starannie selekcjonowane. Uczą jak się zachować czy choćby o tym, że koleś brodą skrzyżowany z koniem to lajkonik.

Święta choć czasem głupie i bez sensu są fajne i nasze. Są częścią nas nie warto od nich uciekać lub jarać się innymi, z innych kultur. Tam wcale nie mają lepszych i bardziej racjonalnych świąt, a wręcz przeciwnie. Wreszcie jeśli ty nie szanujesz swoich obrządków i tradycji to nikt ich nie będzie szanował, aż w końcu znajdzie się ktoś kto przyjdzie i narzuci ci swoje obrzędy. Zrobi to mówiąc jak w Wielkiej Brytanii, że choinka go obraża i albo ją schowasz albo ci dom spali ew. nogi połamie. Wtedy się tęskni za świętami i zastanawia; „Gdzie ja popełniłem błąd?” tylko, że wtedy jest już za późno. Więc szanujmy i cieszmy się świętami, obchodząc je w miłej, wesołej atmosferze bez ciśnień, bo warto.

Dziś na obiad będzie wieprzowina. Wpis diabła wart.

Mój kumpel stwierdził kiedyś, że duuuużo prościej będzie zrobić listę tego lub tych co ja ich lubię niż na odwrót. Najgorsze w tym wszystkim co mi powiedział, jest NIE to, że  jechaliśmy 70km/h autem i za cholerę nie dało się od tego stwierdzenia w takiej sytuacji uciec. Najgorsze jest to, że Piotrek czyli moje chodzące sumienie, ma przeważnie rację i potrafi minie w razie próby polemiki wypunktować niczym „Wujek Zdzisiek Mistrz Ciętej Riposty”.

Ostatnio jest na tapecie sprawa muzułmanów. Ja nigdy nie byłem specjalnie ufny wobec wyznawców Allaha (co wynika z doświadczeń). Po tym co się ostatnio stało we Francji utwierdziłem się tylko w moim przekonaniu, że Europa pogrąży się w chaosie może nawet będą wojny religijne bo i czemu by nie. Na koniec nasz kontynent podzieli się i wtedy… co wydaje mi się o tyle absurdalne co śmieszne my, tzn. Polska cała, będziemy w tej lepszej części i jeszcze polubimy się z Ruskimi i Białorusią. Tak, tak moi drodzy. Irlandię i zieloną wyspę będziemy mieli, ale nie dzięki największemu polskiemu gastarbaiterowi Donaldowi co wyjechał, ani jego „przydupasce” Ewie co sypie górnikom z naszego, tylko dzięki temu, że zachód zachodzi i nastąpią tam znowu wieki ciemne. Dokładnie tak jak to miało miejsce po upadku Rzymu. Bizancjum trzymało poziom, a zachodnia część imperium… no cóż… równia pochyła to mało powiedziane, żeby opisać co się tam i tu będzie już niedługo wyprawiać.

diabel 123

Allach, Allachem, ja tu gadu, gadu, jak jakiś Wernychora, a miało być o zupełnie czymś innym miało być o tym, że do motywacji nie trzeba być ani poprawnym politycznie, ani optymistycznym. Ja odkąd pamiętam mam permanentnego WKURWA. Trochę to jest spowodowane podwyższonym amoniakiem we krwi, trochę też tym, że taki się już urodziłem. To co mówią, że nie da się być zmotywowanym bez życia w dobrostanie emocjonalnym, bez bycia pełnym pozytywnych uczuć i miłości dla innych to bzdura. Słuchanie takich pierdół wzmaga tylko frustrację i podenerwowanie, bo na co dzień nie da się tak żyć, a już na pewno nie w Polsce. Bycie non stop pełnym pozytywnej energii i miłości do świata jest wykonalne tylko w dwóch przypadkach; 1- jak jesteś pełen kosmicznej energii lub wcieleniem Jezusa czy Buddy czy innego czegoś tam. Czyli zwyczajnie ci odjebało i jesteś na najlepszej drodze do psychuszki. 2- Nałogowo jarasz lub wrzucasz, dropsy, lsd lub inne happypile. Wtedy też jesteś na najlepszej drodze tylko na odwyk lub gdzieś w Bieszczady czyli de facto na odwyk i schować się przed dilerem, któremu wisisz niezły hajs. Tak czy tak masz przejebane jeśli dałeś się wkręcić w akcje typu będę super pozytywny cały czas. Ludzie normalni, tacy co nie kłamią i nie mają nic do ukrycia, którzy nie chcą cię wyruchać lub wejść ci do dupy bez mydła NIGDY nie są permanentnie uśmiechnięci. NIGDY i już!

Nic tak nie motywuje jak złość lub chęć pokazania światu gdzie się go ma. Mówię to z własnego doświadczenia ja wstaje od lat na złość wszelkim łapiduchom, konowałom, urzędasom, klechom i wielu wielu innym, którzy chcieli by mnie zamieść pod dywan i to tak żebym już spod niego nie wylazł. W waszym życiu będzie nie jeden, nie dwóch nawet nie dziesięciu, którzy będą się cieszyć kiedy się wam powinie noga. Będą tacy co będą wam próbowali świnię podłożyć, będą was ciągnąć w dół, lub czekać aż się sami potkniecie. Należy o nich pamiętać (ale nie żyć nimi i dla nich) to oni są motorem napędowym dla wielkich. To wtedy właśnie, kiedy patrzysz na ich zazdrosne, zawiedzione i wkurwione twoim powodzeniem i szczęściem gęby, odczuwasz radość. Piszę radość bo szczęście daje zrealizowany cel i dążenie do następnego i następnego… tak aby pozostało coś po nas, aby nasze życie miało jakiś głębszy sens.

Na koniec coś o pszczołach. Pszczoły są fajne koniec i kropka. Kto twierdzi inaczej ten zwyczajnie jest w błędzie nie ma racji lub jest z niego głupi buc.  Wiecie, że ten post miał być cały o pszczółkach i znowu nie wyszło :). Może następnym razem się uda. :)

DSC_0281

Święta w wersji chill, każdego na to stać.

   Włączam internety, tv i czytam prasę i… czytam, że nikt nie lubi świąt. Dla każdego to utrapienie, stres, zmęczenie i w zasadzie zero radości. Dodatkowo wszędzie komercja,pogoń za zakupami i czas świątecznych poradników z cyklu „Jak mieć wyjebane i… udane święta”, „Pierdylion i jedna potrawa na świąteczny stół”, Zrób lub kup prezenty i opakuj je zajebiście jak szatan”,  „Jedź w pizdu i baw się dobrze, zamiast siadać na wigilie z rodziną” itd. itp.

Jedyny mój rysunek na święta jaki mam na tym kompie.

Jedyny mój rysunek na święta jaki mam na tym kompie.

Ja zaś uczę się świąt od nowa. Choroba pozwala mi na nowe spojrzenie na ten czas. Traktuje to jakoś tak bardziej rodzinnie mniej komercyjnie. Lubię spędzać czas z moją rodziną tym bardziej, że sam nie wiem ile mi go zostało. NIE mam ciśnień żeby było sianko i 12 potraw i pasterka, fajnie żeby opłatek się znalazł bo bez tego głupio jakoś, czekoladą się nie połamiesz przecież. Sianko… sianko to najlepiej na koncie, żeby było. Leki i dieta same się nie zapłacą, a uwierzcie bądź nie kosztują. np. teraz siedzę drugą dobę w szpitalu gdzie szaleje grypa, żeby dostać lek, bo w aptece koszt tego akurat specyfiku to; UWAGA- 1000 zł z jakimś hakiem.

Ale wróćmy do świąt i mojego podejścia. Nie denerwuje się, od szaleństw jest mama, chodź i jej jakoś z roku na rok przechodzi. Robimy jakby dwie wersje stołu wigilijnego, czyli takie jedzenie żebym ja mógł zjeść i żeby też inni pojedli. Dodatkowo trzeba kupić jakąś choinkę, ale też bez ciśnień 1-1,5m starczy. (Wyczekam przed wigilią, żeby była tańsza). Karpia też kupimy. Niby wszyscy piszą i deklarują, że nikt go nie lubi itd., a jakoś co roku sprzedaż rośnie i lud bierze nawet i po 5 sztuk. Swoją drogą co k… można zrobić z 5 żywymi karpiami?! – Ktoś lubi używać młotka. Bez kitu psychopaci są wśród nas :). prezenty kupiłem już jakiś czas temu przyjedzie sis kupi się jeszcze coś mamie i git. Wiemy co tylko trzeba wybrać i odstać w kolejce. Na następne święta zamówię wszystko online i będzie jeszcze mniej biegania i stresu. Święta mają być wesołe miłe i na luzie. 12 potraw?! Ludzie kto tyle żre?! Potem jest płacz i lament w tysiącach polskich domów, ŻE DUPA UROSŁA I SUKIENKA CO BYŁA DOBRA NA SYLWESTRA JEST ZA CIASNA, albo krzyki, że brzuchol rośnie w kwadratowym tempie.

Ja jak zwykle chcę iść na szopkę do franciszkanów. Jak zwykle pójdzie plotka, że będzie wielbłąd, ale go nie będzie. Jak zwykle się rozczaruje, bo nie będzie wielbłąda i że szopka marna, licha, jak stajenka co się w niej Jezusek urodził, ale co mi tam, idę. IDĘ I JUŻ!!! Sam nie wiem czemu ja to robię ja przecież nawet nie wierzę… Nic, trudno, chuj! Idę! Może w te święta, uda mi się z tata zagrać w szachy, po raz pierwszy od lat, albo nakłonić rodzinę do wspólnej gry w „Kolejkę” lub inną planszówkę czy choćby do wspólnego oglądania jakiegoś filmu na DVD. Jeśli się nie uda to trudno. Nic na siłę. Porobię coś sam.

Generalnie chcę powiedzieć, tak na półmetku tego wpisu, że święta są po to żeby było miło i każdy powinien się dobrze w ten czas bawić. Nie zmuszajcie się do robienia czegoś wbrew sobie i nie zmuszajcie do robienia danych rzeczy innych. Zaproponować i spróbować przekonać, ok, ale jak nie chcą to nie, trudno.

Teraz prezenty. Prezenty fajnie dawać i otrzymywać, ale bez cudowania. Upominek powinien być niezbyt drogi, dopasowany do obdarowywanego i przemyślany (Żadnych zwierząt pod choinkę. Przywiązywanie psa w lesie lub przerzucanie kota przez płot azylu to potem ciężka praca. To ani zwierzakowi nie służy ani jego właścicielowi.).

Choinka powód kłótni, i wszelkich zatargów. Każdy wie jaka ma być i jak ją ubrać i co ma na niej wisieć, żeby nie utonęło. U nas ostatnio właśnie tak jest, a najbardziej ortodoksyjna jest w tym względzie moja mama. Więc skoro lubi to zostawiam to jej. Ja już nie ubieram nawet jak mnie proszą czy każą, bo to robota głupiego. Mama i tak przyjdzie i spędzi godzinę przewieszając, żeby było „lepiej”. Kiedyś mnie to złościło, teraz bawi. Troszkę jak za komuny, robotę jednego robi dwóch. Każdy ma w domu domorosłego lub nie daj boże zawodowego dekoratora estetę, dajmy mu niech się wykaże w końcu to tylko choinka. Po świętach i tak chowamy ją do piwnicy lub ląduje na śmietniku lub wkopujemy ją gdzieś w nadziei, że się przyjmie. Ważne jest żeby nie poszła z dymem lub żeby nikt i nic jej nie rozwalił. Najważniejsze jest to co pod nią- prezenty :).

Wreszcie kuchnia. Słynne 12 potraw kto to zeżre!? Nie wystarczy rybka, barszcz, sałatka warzywna i coś na deser? Na pierwszy dzień świąt poprawka bo nie wszystko zeszło, na drugi dzień coś wcześniej zaplanować i ugotować ze zgromadzonych uprzednio składników, plus dobić ciastami i słodyczami  spod choinki, a trzeciego to już można iść do sklepu i kupić coś do jedzenia. Jest jeszcze opcja dla leniwych; w drugi dzień odwiedzić rodzinę i/lub znajomych i objeść ich troszkę, ewentualnie iść do restauracji na obiad, a resztę dnia opędzić kanapkami i jakimś świątecznym ciastem. I po świętach. Minimalistyczne, bezciśnieniowo, miło i dla każdego, a no i jest czas na przeżywanie, egzaltację itd.  Jak rodzina was wkurza to jakoś się wymanewrujcie z dłuższych posiadów. Krótki smal talk i do siebie pod byle pretekstem. Pamiętajcie zdrowie i odpoczynek (zwłaszcza dla nerwów) to podstawa. Święta można spędzić naprawdę super pod warunkiem, że ma się do tego tematu dystans i odpowiednie nastawienie.

Wesołych Świąt i mokrego karpia. :) !!!

Cyrk Motyli- czyli siła i zajęcie.

   Nowy wpis. Wreszcie się udało. Troszkę to jak zwykle trwało, ale jest. No i super. Dziś o tym czemu piszę nieregularnie i czemu warto mieć jakieś zajęcie.

cyrk motyli

cyrk motyli

   Jeśli chodzi o pierwsze zagadnienie to rzeczywiście piszę raz więcej, a raz mniej. Często spowodowane jest to tym, że nie najlepiej się czuję lub zwyczajnie mam sporo na głowie.

    Tak wyobraźcie sobie, że bezrobotny rencista może mieć tyle na głowie i tyle zajęć, że po prostu nie ma na nic czasu. Zabawne, ale to fakt. Samo przesiadywanie na dializie plus dojazd i powrót z niej oraz to razem ok 6,5 do 7 godzin. Do tego dochodzą wizyty kontrolne, rehabilitacja załatwianie wszystkiego w NFZ i urzędach, osobiście, bo systemy informatyczne to są, ale nie dla petenta.  No i doba się kurczy. Ja dodatkowo poza pracowitym okresem ostatnio mam jeszcze kilka rzeczy które wypełniają mi mój czas, po to abym nie myślał o chorobie i o swojej mało ciekawej sytuacji.

   Zająłem się pszczołami i to mnie strasznie kręci. Zbieram środki na porządną pasiekę, bo na razie gościnnie korzystam z pasieki i pracownie pana Ryszarda Teski. Piszę też biznesplan jak ona ma funkcjonować itd. Do tego chcę nagłośnić swoją historię, bo marzy mi się być jak Nick Vujicic. Co prawda mam troszkę inne podejście do tematu motywacji w kilku względach, ale generalnie idea jest ta sama- chcę i potrafię motywować więc czemu bym miał na tym nie zarabiać i nie mieć w ten sposób na leczenie i godne życie. Renta i kombinowanie na fuchach to nie jest godne życie.

   Świetnie sobie radzić z taką ciężką chorobą, być upartym w dążeniu do celu i mieć / być konstruktywnie wkurwionym na rzeczywistość, to jest naprawdę dużo, a umieć to przekazać, opowiedzieć o tym i nauczyć tego jest warte jeszcze więcej. Już o tym opowiadam i uczyę tego ludzi, że złość można, a nawet trzeba przekuć w jakieś działanie, bo inaczej cie to zeżre. Ja się wkurwiłem i powiedziałem sobie teraz, albo nigdy i kupiłem pierwszy ul. Potem 2gi, 3ci, 4ty… i tak mam 8 (pszczoły są tylko w 5ciu, na razie) jeszcze 12 ziemia, sprzęt do pracowni pasiecznej, ścieżka edukacyjna dla dzieci i młodzieży, kursy dla dorosłych, plus możliwość uczestniczenia w pracy pasieki dla chętnych i jestem w domu. A jeszcze o gadżetach, linii koszulek i wyrobach pszczelich bym zapomniał. Sporo co? Może, ale jeśli się uda będzie to moje. Pewnie, że trzeba na to wyżebrać, uzbierać itd. Czego jednak nie robi się dla marzeń? Zbieram od dwóch lat 1% na siebie (a w zasadzie na leki, dietę i rehabilitację) mogę równie dobrze też zbierać na pasiekę. Bardzo lubię ten mój pomysł z pszczołami. Produkcja miodu, to produkcja konkretnego dobra jak stali czy chleba. Bez wielu współczesnych zawodów można by się obejść są to zawody zapchajdziury. Jednak jeśli ktoś coś konkretnego produkuje na co jest popyt to jest on mega-pożyteczny niczym pszczółka. Taka jak te moje, a ja chcę dawać i dzielić się swoim doświadczeniem, historią i siłą (puki ją mam) z innymi. Stąd ten tekst, stąd pomysł na pszczoły i stąd pomysł na bycie mówcom jak Nick Vujicic. Swoją drogą widzieliście jak on wygląda? Powiem wam tak on jest na zewnątrz taki jak ja w środku. Sam nie wiem co gorsze nie mieć rąk i nóg czy żyły wrotnej. Paradoksalnie moja wada rozwojowa jest rzadsza i trudniejsza do wykrycia i ogarnięcia przez współczesną medycynę. Nick za to nie może się po tyłku sam podrapać, umyć czy siąść na klopa, ale nieporównanie lepiej sobie radzi. Ma już żonę (całkiem ładną) i dziecko (normalne i zdrowe) no i kasę na leczenie i utrzymanie, a do tego daje ludziom ogrom wiedzy i nadziei motywując ich do życia i działania. WOW!!

Na koniec polecam obejrzeć film „The Butterfly Circus”. To tylko 20 min., ale za to mega-inspirujących i motywujących. Mnie się podobał i dał niezłego kopa na przód.

Optymizm w leczeniu i nie tylko.

   Dziś będzie troszkę o optymizmie w leczeniu i w ogóle w życiu. Jak ja to widzę i przedewszystkim czemu tak widzę. Pisząc ten tekst mam cały czas w pamięci dość ciekawy i potwierdzający moje spostrzeżenia artykuł z Fokusa. Ów Art dotyczył właśnie optymizmu, a w zasadzie jego skutkom i jego braku. W Focusie pisali co lepsze, bycie tak modnym teraz optymistą czy raczej racjonalne myślenie o sobie i swoich możliwościach. Oni skłaniali się do drugiego podobnie jak ja.szczescie2

Nigdy nie byłem nadmiernym optymistą i nigdy nie mówiłem sobie, że będzie dobrze. Zwłaszcza w chorobie. Czemu nie będzie? I czemu mówię, że nie będzie? Bo nie ma do tego przesłanek. Ani wieku mi nie ubywa ani zdolności regeneracyjnych w organizmie nie przybywa. Ci co myślą, że teraz będę biadolił jak mi źle i jak to umieram też się przeliczą. Z chorobami zwłaszcza przewlekłymi i zespolonymi jest tak, że cię w końcu wykończą. Jak nie choroba, to coś przy okazji cię wykończy- ja już jedną sepsę miałem zafundowaną w szpitalu. Najważniejsze to być silnym zmotywowanym i mieć dużo pomysłów i chęci ich realizacji niezależnie od tego co się dzieje z tobą w danej chwili. W ten sposób ja jakoś funkcjonuje. Nigdy nie mówię, że będzie dobrze, ale staram się myśleć co mogę jeszcze robić w takiej, a takiej sytuacji i ew. co lub kto może mi w tym pomóc. Takie podejście jest moim zdaniem o wiele lepsze niż wmawianie sobie, że będzie dobrze, bo po pierwsze może  i często gęsto nie jest dobrze. Wręcz przeciwnie jest źle i będzie gorzej i co wtedy ?!? Wtedy jest tylko smutek ból i rozczarowanie. A takich uczuć należy unikać nic nie wnoszą i są depresjogenne.

Kolejną przyczyną dla której, nie lubię hurra optymizmu i optymistów są nasi lekarze. Nagle odkryli optymizm jako terapię i kiedy np. skarżyłem się na to, że tracę władzę w nogach i w ogóle. Słyszałem, że jestem pesymistycznie nastawiony, i że jak zmienię podejście to przejdzie. Teraz kiedy nie do końca podoba mi się leczenie bo efekty są za słabe lub ich nie ma słyszę to samo. To jest moja wina bo za mało się uśmiecham i nie jestem dobrej myśli. Idąc tym torem wkrótce dojdziemy do wniosku, że to co mi się przytrafia jest z mojej i tylko mojej winy. Bo kurwa jestem mało pozytywny i źle nastawiony do życia- za mało optymistyczny. To oczywiście popierdówa, ale jak polski lekarz nie wie lub mu się nie chce lub bagatelizuje to zawsze się słyszy; więcej uśmiechu i będzie dobrze. (Na nefrologii wręcz wysyłają do skutku psychiatrów do pacjentów by ci diagnozowali im depresje z dupy i wtedy wpisują „pacjent z depresją nie współpracuje” itd. i mają czyste ręce.) Wracając jednak do tematu…  Nie ku… nie będzie. Będzie jakoś, a jak będę się leczył uśmiechem jak na amerykańskich filmach to równie dobrze mogę się leczyć w sanktuarium w Łagiewnikach lub u jakiegoś Harrego z Tybetu czy innego szarlatana. Lekarz jest od leczenia, a ty nie bądź, zarówno w chorobie jak i w życiu nadmiernym optymistą. Po pierwsze nie wszystko wbrew temu co mówią wszelkie guru coachingu i motywacji, zależy od ciebie. Po drugie optymizm kiedyś się kończy tylko wariaci i napiksowani chodzą non stop uśmiechnięci. Jak optymizm się skończy nastaje marazm i depresja. Jeśli nie jesteś optymistą tylko realnie patrzysz na swoje życie i możliwości to wtedy jesteś przygotowany na każdą ewentualność. Nie ma rozczarowań jest jakiś plan i można kupić od życia troszkę szczęścia i czasu na to szczęście żeby się nim pocieszyć do woli będąc przy tym spełnionym.

Olek i pszczoły.

Od jakiegoś czasu jestem szczęśliwym posiadaczem 6ciu w miarę kompletnych uli, do których systematyczne nabywam pszczół i sprzętu pasiecznego.
Ale po kolei, jak to do tego doszło;
Kiedy już wiedziałem, że czekają mnie dializy i że jakość mojego życia ulegnie zmianie i pewnie też jakiemuś pogorszeniu, naszedł mnie smutek i żal. Niby wiedziałem co i jak, bo już raz mi się zdarzyło być na dializach (tylko miesiąc i 3 lata temu, ale zawsze i wspomnienia pozostają) i byłem przygotowany i w ogóle.
To że udało mi się odwlekać nieuniknione jeszcze 3 lata to i tak wynik mojej zawziętości i woli walki.  No, ale cóż, nawet Janosika w końcu powiesili na haku i Mela Gipsona co był „Bave heart’em” też załatwili, tak więc ja też w końcu miałem takie wyniki, że miałem dość i zgłosiłem się do „Kliniki Nefrolugii CMUJ.” Byłem mentalnie przygotowany na to wszystko wiedziałem niby, że to już nie na miesiąc, jak kiedyś tylko na stałe, mimo to ogarnął mnie jakiś taki „weltschmerz” (czy coś?!) i postanowiłem że zrobię coś głupiego.
Zamawianie obiadów i sushi do szpitala było mało kreatywne, ale za to smaczne, mimo to wiedziałem, że żeby się otrząsnąć z marazmu potrzebuję czegoś więcej czegoś innego niż wszyscy i z grubej rury. Pomyślałem, że czasu będę miał dużo jak większość niepełnosprawnych więc trzeba pomyśleć. I wtedy przypomniał mi się ojciec mojego przyjaciela; pan Rysiek.
Pan Rysiek w dwa lata zrobił pasiekę z niczego. Poszedł na kurs, kupił pierwsze ule, teraz pomnaża, dokupuje, wozi, leczy, zapobiega, karmi, dogląda, obserwuje- jednym słowem dba. Ja pomyślałem, a w sumie czemu by nie! Skoro tata Piotrka (pan Rysiek) może to ja też. Postanowiłem się zapisać do związku pszczelarskiego, opłacić składki za ten rok, kupić ule, podstawowy sprzęt i ruszyć do boju. Na początku kupiłem zestaw hobbystyczny tj dwa ule z których zrobiło się 4 i potem dokupiłem jeszcze dwa i razem mam 6. Pan Rysiek pożyczył mi książki, dał wskazówki co i jak (zresztą nadal daje). Ja zaś nie wiem jeszcze jak zareaguje na użądlenie albo i kilka na raz, kiedyś reagowałem dobrze, teraz bez pracujących nerek i z dziwnie działającą wątrobą, to cholera wie, ale jak to mówią „no risk no fun”.

Podsumowując: pomysł na króla Juliana- „Zróbmy to zanim dojdzie do nas że to nierozsądne!”, który poprawił mi humor i dał nowe zajęcie, odrobinę niebezpieczne ale mega hipsterskie i zajawkowe:)!! oraz WIELKIE zdziwienie mojej familii, kiedy pierwszy ul się pojawił na środku salonu (bo nie miałem go gdzie postawić), są bezcenne! Za resztę „zapłaciłem kartą master card”:) co spłukało mnie z hajsu prawie do cna.

Taki przełom w życiu może obudzić i dać kopa do działania każdemu. 

Nie mówię zaraz, że trzeba kupować pszczoły, ale jeśli tkwisz w marazmie lub melancholii czy zbliża się dół zrób coś szalonego oderwanego od rzeczywistości, a potem daj się ponieść wirowi wydarzeń. Po akcji tego typu jak moje pszczoły (ważne żeby akcja była „im plus”-pożyteczna. Moje pszczółki docelowo mają mi osładzać życie miodem, a i może się nadwyżkę jakąś sprzeda…) na pewno nie będziesz się nudzić i mieć czasu żeby się dołować. GWARANTUJĘ CI TO!

Pamiętaj tylko o jednym najważniejsze w takiej terapii wstrząsowej jest rozwojowe działanie dla siebie i otoczenia oraz PIERDOLNIĘCIE!

A czy i co z moich pszczół wyjdzie to zobaczymy na następny rok jak przezimują :).

Mam 29 lat i”Nie narzekam”

Bardzo mi się spodobał post Wojtka Kardysia pt. „Nie narzekam”. Narzekanie nic nie zmienia (jedyny wyjątek to narzekanie lekarzowi lub w pomocy społecznej- wtedy jest zmiana- zasiłek lub leczenie. Tam wręcz nie wypada nie narzekać).
Ja co prawda tak łatwo jak Wojtek nie mam, tzn. Wojtek jest zdrowym BYKIEM, ja wręcz odwrotnie. Mimo to staram się żyć z dnia na dzień i jakoś sobie to życie organizować. Piszę jakoś, bo nie zawsze się da tak żeby było 100% dobrze, ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. Ja np. pisząc to mam miłą obsługę pielęgniarek na dializie, a łóżko obok leży dziewczyna- Jola, która też podobnie jak ja ma aspiracje jeszcze pożyć:). Więc lubię na swój chory sposób to co mam. Mogło być gorzej.
Wkurw mnie zaś ogarnia kiedy słyszę, że ktoś mając wszystko co niezbędne do normalnej egzystencji, dalej jojczy, że mu źle. Źle ci?! To weź się KURWA postaraj żeby ci było lepiej! 
Mam 29 lat, jak dobrze pójdzie to za odrobinę ponad pół roku będę miał 30tkę. Zawsze kiedy osiągałem dno (zdrowotnie) znajdowałem sposób na siebie, kiedyś mi ich pewnie zabraknie, ale to jeszcze nie dziś.
Po wyjściu z OIOM-u zrobiłem mgr. wcześniej o ile mi zdrowie pozwalało pracowałem. Obecnie wymyśliłem sobie pszczoły (tak mam ule itd.) i bycie mówcą motywacyjnym. No bo jak ja mogę to ty i ty i ty… i każdy kto zdrowy może!  Siebie motywuje, co jest najtrudniejsze, to innych też mogę zmotywować do działania, do ŻYCIA! Każdy swój lepszy (tj. taki bez bólu zawrotów lub urwanego filmu itp.) czas staram się wykorzystywać do pracy nad sobą, żeby poczytać, żeby czegoś nowego się dowiedzieć, nauczyć, poznać nowych ludzi mieć życie socjalne. Bywa różnie, ale generalnie jakoś da się! 
Dacie wiarę, że oprócz prawka mam jeszcze patent żeglarski? Kto zdrowy ma? A żeby go dostać musiałem zdawać ten sam kurs co zdrowi, a nie tam jakieś pitu pitu dla niepełnosprawnych.
Na koniec powiem tylko tyle nie pisałem dawno bo miałem małe przeboje minn. film mi się zerwał i w lany poniedziałek i wylądowałem na SOR, a potem na oddziale i w sumie to dopiero we wtorek wieczorem coś zacząłem kontaktować. Ale teraz w imię zasady „Nie narzekam” staram się znowu coś wykminić, żeby było dobrze. Na tyle dobrze na ile może być.
Tak więc DO DZIEŁA wbrew wszystkim i na złość wielu! Ja NIE NARZEKAM to ty też możesz!

Jak NIE zwariować. Czyli jak ja NIE zwariowałem i co polecam innym.

   Jakoś tak się złożyło, że ostatnio zatracam się w hejtach. Owszem może nie w jakiś strasznych i prostackich, ale mimo wszystko krytykuję i krytykuję co najmniej jakbym był z krytykiem i jakby mi za to płacili. Ten post będzie o… no właśnie może nie będzie pozytywny, ale nie będzie też krytyczny wobec niczego. Opowiem wam jak to jest być mną i skąd biorę siłę, żeby sobie jakoś radzić i nie skoczyć z mostu czy nie powiesić się.
   Swoją drogą tak w ramach dygresji- wiecie, że kobiety nie lubią się wieszać, skakać, strzelać do siebie itd, Naukowcy zajmujący się wszelkiego rodzaju behawiorystyką twierdzą, że kobiety boja się że będą brzydko wyglądać podczas ostatniego pożegnania. Z tego samego powodu wybierają trucizny lub tabletki chcą być nawet na własnym pogrzebie ładne niczym Śnieżka czy Śpiąca królewna. To by się zgadzało, jak kiedyś w szpitalu mówiłem, że się powieszę lub skoczę to moja mama mi powiedziała, że to głupie i jako jeden z głównych powodów podała, że potem będzie obciach mnie takiego brzydkiego na katafalku pokazać. 
  Żeby oswoić się z chorobą i naprawdę poważnymi problemami trzeba alb poszukać zastępczych problemów tzw. z dupy, albo nabrać dystansu do siebie, albo stworzyć swój własny świat niczym pastor z „Jabłek Adama”, albo zacząć o tym mówić bez owijania w bawełnę, albo robić to wszystko na raz jak u mnie w domu. Dodatkowo trzeba znaleźć zajęcie jakieś, bo za dużo wolnego czasu to też źle. Człowiek w takim wolnym czasie ogląda gówna w tv i myśli i mu się łeb od tego myślenia lasuje. 
  Jak wspomniałem u mnie w domu wszystkie metody są stosowane na raz. Mamy swój własny świat. Często są spory kto kogo będzie chował i nikt nie chce być ostatni chociaż dziedziczy wszystko po reszcie. Ja mam nawet testament napisany i listę gości, których che i których nie chcę na swoim pogrzebie. Mama mówi, że i tak zrobi po swojemu i nie będzie np. „Zegarmistrza światła” tylko „Anielski orszak”. Ojciec umiera na własną rękę w takich rozgrywkach i mówi, że mu wszytko jedno co gdzie jak potem. Mama zaś nie chce na Grembałowie leżeć, bo tam wieje. Ja jak dostaje grypy i gorączki to dzwonie po przyjaciołach i zapisuję im różne rzeczy dopóki mi nie zabiorą komórki. Raz dodzwoniłem się do mojego kumpla i okazało się, że jak ja miałem 39,5 to on już dobijał do 41. Obaj zatem sobie pogadaliśmy, oceniając bezduszność bliskich, którzy pochowali gromnice przed nami. Zawsze też jak jest gorzej proszę o papier, długopis i świadków do spisania ostatniej woli. Jeszcze nigdy nie dostałem nic poza opierdolem i czymś na gorączkę. Lubię też wydziedziczać. Zwykle za odmowę papieru i długopisu. Wtedy słyszę, że moje rzeczy są już dawno zaklepane i rozdane i nic to nie da, a po śmierci jak będę straszył to sobie egzorcystę sprowadzą. To tyle jeśli chodzi o dystans i podejście do sprawy. 
   Jeśli chodzi o swój świat to nie oglądam dramatów, wyłącznie komedie, akcje, kryminały i horrory. Muzykę traktuje utylitarnie i słucham wszystkiego co wprawia mnie w dobry nastój. Podobnie jest z książkami i tv i netem. Wszelką twórczość dzielę na przyjazną mi i nieprzyjazną mi. Do kompletu brak mi tylko jakiegoś miejsca do pracy, to ogarniam i jak się uda w końcu to coś o tym napiszę. No i wreszcie zajęcie zajmuję się zabawkami kreatywnymi, ich dystrybucją i reklamą oraz fanpage i piszę tego bloga. To wszystko do kupy razem wzięte sprawia, że jeszcze nie zwariowałem. 
Ostatnio moim największym problemem są buty na zimę i żwirek do akwarium. Głupie co ? A jednak się sprawdza, bo jak pomyślę o kartce z wynikami to na kolejnej są jeszcze gorsze. Na koniec polecam moją ulubioną radę, którą ktoś kiedyś dał mi „Nie martw się. Na to na co masz wpływ wpłyń, a na co nie masz, olej. Zmartwieniem tylko dojebiesz sobie. To czym się martwisz wcale od zamartwiania się nie zniknie tylko ty się pochorujesz.”

Ciesz się. Jak wzbudzać w sobie radość ze wszystkiego.


   Kiedyś byłem w lepszej kondycji zdrowotnej życiowej i nawet finansowej, a mimo to byłem niezadowolony. Wiecznie niezadowolony i zdołowany. Kiedy moje zdrowie się pogorszyło i wylądowałem w szpitalu miałem duuuużo czasu na przemyślenie mojej postawy i mojego bądź, co bądź beznadziejnego podejścia do życia. Postanowiłem, że jeśli wyjdę jeszcze kiedyś na świat ze szpitala i będę mógł w miarę normalnie egzystować, to postaram się żyć pełniej. Cieszyć się i nie martwić się zbędnymi sprawami. 
   W ten sposób podejmując takie decyzje i wyzwanie życia radośniej i pełniej po 12 latach postanowiłem wyciągnąć patent żeglarski i pojechać na cały dzień na Rożnów. Żeby popływać. Postanowiłem pójść do dobrej francuskiej restauracji zjeść ślimaki i żabie udka. Pomogła mi w tym moja siostra. W ogóle mam bardzo duże wsparcie od rodziny i przyjaciół. Na co dzień robię swoje troszkę pracuję, jem leki, uczę się gotować dietetycznie, zapisałem się do e-learnigowej szkoły grafiki komputerowej i robię wiele, wiele innych rzeczy na które wydawało mi się, że nie mam czasu lub ochoty albo, że znajdę czas na to kiedyś. 
   Mnie dopiero tak traumatyczne wydarzenia jak 10 miesięcy w szpitalu w tym kilka tygodni na oiomach nauczyły, cenić wartości rodzinne ponad wszystko, oraz cieszyć się. Tak cieszyć się z byle czego i jak dziecko. Najważniejsze w życiu to umieć dążyć do celu i cieszyć się. Ja dziś cieszę się z każdej głupoty i nawet najmniejszych rzeczy. Codziennie staram się znaleźć coś co daje mi powód do radości. Oglądam komedie, czytam kawały, wesołe książki, oglądam coś śmiesznego na necie, robię różne inne rzeczy, które sprawiają mi przyjemność i radość. Tak wiem co powiesz; „dobrze ci tak bo masz czas”.  Każdy ma chwilę w ciągu dnia lub tygodnia ponad to cieszyć się należy z każdej pierdoły. Poważnie! Kupiłeś dobrego precla ciesz się. Jak był syfiasty nakarm nim gołębie, kaczki lub inne jakieś pierzaste dziady i też się ciesz patrząc jak jedzą.  
   Mi dojście do oczywistych prawd i wniosków zajęło 10 miesięcy leżenia i myślenia. Intensywnego myślenia. Niektórym zajmuje to krócej, jeszcze inni nie dochodzą do takich wniosków wcale i marnują swoje zdrowie, nerwy, wreszcie siebie na zamartwianie się i szukanie problemów, nie umiejąc się przy tym cieszyć z niczego. Nie pozwól NIGY żeby rządziły tobą złe i tylko i wyłącznie złe emocje! Znajdź każdego dnia choć jeden mały powód do zadowolenia choćby radość miała trwać tylko chwilę z czasem chwila się będzie wydłużać i wydłużać aż będziesz umiał się cieszyć długo i niemal na zawołanie. Sam zobaczysz jak się zmienisz nie tylko psychicznie, ale i fizycznie aż wreszcie zmieni się jakość twojego życia. Spróbuj, przekonaj się, warto.